Idealna cisza wstrzasa mrozacy krew w zylach krzyk. Moj krzyk.Uszy mnie od niego bola. Niech to sie skonczy. Moi rodzice nie zyja. Wyrywam sie do nich, zeby przekonac sie, ze to nie prawda, ale ktos oplata mnie rekami i ociaga do tylu.
-Ciii, już im, nie pomozesz. spokojnie.- Wtedy rozpentuje sie pieklo. Obok mnie przelatuja pociski. To szczescie, ze zaden mnie nie trafil. Byc moze nie sa wymierzone we mnie. Probuje sie wyrwac z ciasnych kleszczy ktore mnie oplataja, ale sa zbyt mocne, zebym mogla sie uwolnic.
- wiecie co robic- slysze krzyk przy moim prawym uchu. Wszystko dzieje sie jakby w zwolnionym tepie. Widze pociski, ktore mijaja mnie o centymety, jeden z nich, przelatuje mi obok glowy. Szarpie siez calych sil. Zamykam oczy, wtedy w moje glowie znow pojawia sie obraz, jak moi rodzice padaja bez zycia na zimie. Dwa pociski, przeszywaja glowy dwojga ludzi ktorych kocham. Czlowiek za mna poluznia nieco uscisk, ale mnie nie puszcza. Ciagnie mnie dalej do tylu, w przciwnym kierunku do tego w ktory chce sie udac i szepcze mi do ucha. sa to chyba slowa pocieszenia, ale nie obchodzi mnie to. Z mojego gardla wydobywaja sie krzyki, coraz cichsze. Z moich oczu wyplywaja lzy. Nic nie widze. Ktos klnie obok mojego ucha i stara sie mnie pocieszyc.
- ciii, juz im nie pomozesz. Nic juz nie mozesz zrobic. - poddaje sie i wtulam z oplatajace mnie ramiona. Co sie stalo mysle. Zastanawiam sie kto zabil moich rodzicow. To na pewno nie byli ludze z ktorymi tu przybylam. Kazdy z nich tyrzymal bron, ale nitk jej nie uzyl.
Swiatlo sie zmienia ale ledwo to odnotowuje.
- daj jej cos na uspokojenie- slysze. Ten kto mnie tu zaciagnal chce mnie teraz puscic, ale trzymam sie kurczowo jego ramon. Slysze niski jek bolu.
- cholera, oberwalem - mowi mezczyzna w ktorego ramie sie wtulam. Nie moge powstrzymac placzu i rozpaczy ktory mnie ogarnia.
- wez to- slysze znajomy glos, ale nawet nie zastanawiam sie kto to mowi. Widocznie slowa nie sa kierowane do mnie, bo prosba nke zostaje powtorzona.
- nie, nie wstrzykuj jej tego. Ostatnio za duzo razy ja uspokajalismy i usypialismy. Przedstawiciel rady powiedzial, ze zmienili jej wspomnienia. Jak ma nam zaufac, skoro bedziemy ja duzyc, tak jak oni? - jestem zla na tego kto powiedzial, bo o niczym teraz tak nie marze, jak o odplynieciu w niebyt. Chcialabym zaponiec o wydarzeniah sprzed paru minut i to na zawsze, jesli to bylo by mozliwe. Czuje jak ktos glaszcze mnie po plecach.
- cii, juz dobrze. Przepraszam, przepraszam. - slysze jak ktos mnie pociesza, ale to tylko puste slowa. Moi rodzice nie zyja. Co chcwila przed oczmi staje mi obraz padajacych bez zycia ich cial.
Jak to mozliwe? Co sie wlasnje stalo? To ludzie ze stolicy ich zabili. Ale dlaczego? Przeciez oni powinni nas chronic. Teraz moja nienawisc kieruje sie ku ludziom z wielkiej rady. Dlaczego w ogole ich tu ze soba wzieli? Przeciez to byli niewinni cywile! Jasne, ja i andy zostalismy porwani, ale rodzice powinni na nas czekac bezpieczni w stolicy. I to oni ich zabili, jestem tego pewna. Zreszta co powiedzial wczesniej glowny przedstawiciel? Ze juz raz mnie porwali? I co jeszcze... Ze mienili i wspomnienia. Czy to w ogole mozliwe? Niby w jaki sposob. Ale wtedy przypominam sobie, ze przez ostatnie cztery miesiace, moze wizyty w klinice uzdrawiajacej odbywaly sie co najmniej raz w tygodniu. Czemu mnie to ie zdziwilo. Normaly czlowiek odwiedza taki osrodek raz na pol roku! Ale wtedy niczego nie podejrzewalam. Tlumaczyli sie, ze przeprowadzaja, jakes dodatkowe badania. Teraz mysle jaka bylam glupia. Jestem zla na siebie. Za latwowiernosc. Za to, ze wybralam sie w tamta sobote do oceanarium. To moja wina, ze moi rodzice nie zyja. Kiedy to sobie uswiadamiam wpadam w histerie. Tak, to prwada. Mezczyzna dalej mnie tuli, glaszcze po plecach i probuje mnie uspokoic, ale nic mi nie pomoze. Juz zawsze bede zyla ze swiadomoscia, ze przezemnie zgineli moi rodzice.
Po jakims czasie dolaczaja do nas zolnierze z oddzalu Deana. Ktos informuje nas, ze nikt z ich oddzialu nie zginal, na co mezczyzna ktory mnie pociesza oddycha z ulga. Zaraz bedziemy startowac, wiec ktos odciaga mnie na fotel i przypina pasami. Wpadlam w odretwienie. Jedynym oznakiem mojej rozpaczy sa lzy ktore regularnie skapuja mi z policzkow. Slysze warkot silnka i czuje jak poduszkowiec unosi sie do gory.
Po jakims casie podchodzi do mnie kobieta ubrana na bialo. Widze znajaoma twarz. To lily informuje mnie, ze bediemy zaraz ladowac. W trakcie lotu zajmowala sie rannymi. Zaraz po starcie ludzie wypieli sie z pasow i przenosili postrzelonych na lozka. Jedno z nich, ktore zajmowalam kiedy lecielismy na negocjacje zamuje teraz wielki, czarnoskory mezczyzna. Jego noga jest zakrwawiona. Pewnie ktos go w nia postrzelil. Kieruje wzrok przed siebie i wpatruje sie tepo w przstrzen. Nie moge jednak cieszyc otepnieniem dugo. Dean podchodzi do mnie.
- wiesz nie musisz tu tak siedziec. Bedziemy leciec jeszcze okolo dwoch godzin. - kiedy nie dostaje odpowiedzi kuca przedemna. Widze, ze ma zakrwawione ramie. Jego koszuli bakuje rekawa, a jego bok jest caly w zaschnietej krwi. Widzi, ze przygladam sie jego umiesnionej rece.- spokojnie. Lily juz mi uleczyla ramie. Widzisz, teraz mam ledwo widoczna blizne. - przysuwa reke blizej zebym mogla zobaczyc ledwo widoczne pozostalosci rany. Mysli, ze sie o niego martwie? Dalej go nienawidze, bo gdyby mnie nie porwal, nie miala bym tej przekletej rany na rece, siedzialaby, teraz w domu z andym, a moi rodzice razem z nami. - przepraszam- kladzie mi reke na nodze chcac mnie pocieszyc, a sposoc w jaki to robi, w jaki wypowiada te slowo uswiadamia mi, ze to on mnie zaciagnal do poduszkowaca. To on mnie pocieszal, glaskal po wlosach. To do niego sie tulilam. Moj kark, oblewa rumieniec. Wyszarpuje noge spod jego dloni, a mijsce w ktory mnie dotykal znow mnie swedzi. Odwracam od niego wzrok i znow zaczynam wpatrywac sie tepo w przestrzen. Slysze jak wzdycha gleboko, i odchodzi. Po chwili pojawia sie uczucie pustki. Dokladnie takie jak w tamta sobote kiedy sie obudzilam w swoim luzku. jedyna rzecza, ktora byla wtedy nie na miejscu, bylo wlasnie to uczucie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz