niedziela, 21 lutego 2016

7. Negocjacje




Lily podchodzi do mnie i podaje mi reke, zebym mogla sie o nia oprzec. Ma teraz skupiony wyraz twarzy i wyglada na zdenerwowana. Jej niepokuj mi tez sie udziela. Patrze, jak okolo pietnasu mezczyzn uzbrojeni niewatpliwie w bron, ktorych nazw nawet nie znam, ustwaia sie w szeregu. Z tylu slysze znajomy juz glos mezczyzny z oceanarium. Deana, tak nazwala go lekarka.
- wielka rada skontaktowala sie z nami. Chca negocjowac. Prezydent Row wydala wyrazny rozkaz, zeby nie atakowac. Jasne?
- tak jest- odpowiadaja razem mezczyzni.
-chodz, ciagnie mnie lily. Zaraz sie zacznie. Zanim wyjdziemy zjesz cos i sie napijesz. - krece glowa w protescie. Jestem glodna i chce mi sie pic, ale chce posluchac, co Dean ma do przekazania swoim zolniezom. Lily chyba wie o co mi chodzi
- nie mozesz tu byc. Chodz.- ciagnie mnie za zdrowa reke. Odchodzimy dalej i przechodzimy do malego pomieszzcenia z jedzeniem. Podsuwa bulke do zjedzenia i daje mi butelke wody . Oprozniam ja do polowy i wgryzam sie w pieczywo, takie samo, jak ostatnio dal mi Dean. Jest zawrte i pelne roznych ziaren. Jem w ciszy, bo Lily nie jest skora do rozmowy. Widze, ze sie denerwuje. Tak jakby miala zle przeczucia. Jej nerwy mi sie udzielaja. Czego mam sie spodziewac. Czy wezma mnie na negocjacje razem z zolniezami? Lekarka powiedziala, ze wielka rada chce mnie odbic, czego teraz nie chce. Usmiecham sie do siebie pod nosem. Mialam zamiar uciec z bunkru, a teraz chce tam wrocic. Musze, bo tam zostal andy. Moje rozmyslania przerywa Dean.
- musim isc, juz czas.- wchodzi do przedzilalu. Jeszcze go takiego nie widzialam. Nawet wtedy kiedy walnelam do w czolo. Byl poirytoany, a teraz jest zly. Nie chce z nim isc, mam nadzieje, ze lily mnie jakos obroni, jednak ona kiwa tylko glowa. Biore gleboki wdech. Nic nie moge zrobic. Czuje sie troche zdradzona, myslalam, ze kobieta mnie obroni przed potworem, a teraz nawet nic nie mowi. Kieruje sie w strone wyjscia. Sama. Odwracam sie do lekarki, bo nieruszyla sie z miejsca.
- a ty... Nie idziesz?- pytam. Mimo wszystko jej ufam. To od niej otrzymalam najwiecej wyjasnien.
-nie ja pewnie bede potrzebna tutaj. Chociaz miejmy nadzieje, ze nie.
-dobrze. Miejmy nadzieje- usiecham sie i odwracam sie do niej plecami. Dean wyciaga do mnie reke. Jakbym miala ja zlapac. Jasne jeszcze czego. Ignoruje ja i wychodze przez drzwi. Za plecami slysze westchnienie. Nie wiem czy to Lily czy Dean. Zolnierze stoja z luznym szyku. Czesc z nich po bokach, czesc z przodu. Nie wiem gdzie mam sie kierowac wiec staje za nimi. Po chwili dolacza do mnie Dean. Caly tyl poduszkowca otwiera sie przed nami i razi mnie ostre swiatlo sloneczne. Oslaniam oczy reka  czekam az moj wzrok przyzwyczai sie do jasnego swiala. Formacja z przodu rusza na przod. Ich przywodca, kladzie mi dlon na plecach, chyba zeby dac mi znak, ze tez mam ruszyc. Ide, ale nie dlatego, ze on tak chce, tylko dlatego, zeby uciec od jego dotyku. Brzydze sie nim. I soba, bo miejsce w ktorym nie dotknal mrowi mnie przyjemnie, tak jak ostatnim razem. Wychodzimy z poduszkowca. Idziemy przez jakies piec minut, a ja rozgladam sie. Nigdy w zyciu nie widzialam tego miejsca. Idziemy po prostej drodze, szerokiej na jakies piec metrow moze wiecej. Po obu stronach widze ruiny porosniete roslinami. Mijamy prawie nietkniety budynek. W zjednej strony jednak brakuje mu sporej czesci dachu. Ma pozolkle okna. Na gornym pietrze bakuje szyb, jakby cos wybuchlo w srodku, a sila udzerznia wybila je wszyskie. Rozgladam sie na wszystkie strony, dlatego dopiero po chwili widze, ze przed nami stoja przedstawiciele wielkiej rady. Trojka z nich urana na bialo, stoi po srodku. Po bokach, wysocy mezczyzni, ubani od stop do gol na czarno. Nie przypominaja strozow porzadku ktorych widywalam czasem w stolicy. Wygladaja, jak zolnierze. Armia Deana w porownaniu z nimi, wylada jak zebrani przypadkowo ludzie, ktorzy zostali uzbrojeni. Ucieszylabym sie z tego gdybym byla tu z andym. Wielka rada odbila by nas bez problemu, a tak? Jesli ich plan sie powiedzie, byc moze juz nigdy nie zobacze brata. Nie ma mowy, wracam do bunkru za wszelka cene, mysle. Mezczyzni przedemna zatrzymuja sie, wiec i ja to robie. Od rady dzieli nas pas ziemi niczyjej dlugosci dziesieciu metrow. Jak oni chca rozmawiac mysle. Wtedy wielka trojka wychodzi do polowy pustej przetrzeni. Dean teaz idze do przodu. Zaraz za nim rusza trzech jego zolniezy.
Dean dochodzi do przedstawicieli rady.
-no prosze, jak to jest, ze przezydent Row, przysyla na negocjacje jednego ze swoich zoldkow? Nie mogla stawic sie sama?- cos mi tu sie nie zgadza. Dlaczeg przedstawiciel wie, jak nazywa sie przywodca tej bandy? Obywatele idealnego swiata, powinni wiedziec o wszystkich zagrozeniach, czym niewatpliwie sa ludzie z bunkru...
-wy tez, nie wyslaliscie glownego przedstawiciela rady- odpowiada dean, a przy ostatnich trzech slowach nie szczedzi ironi w glosie.
-ach, nasz mistrz, nie mogl sie zjawic...
- och, jestem pewien, ze w stolicy zatrzymaly go wazne sprawy- dean przerywa odpowiedz przedstawicielowi rady prawie go przedrzezniajac. Okazuje tym kompletny brak szacunku. Mezczyzna ubrany na bialo wystepuje na przod.
- moze przejdzmy odrazu do rzeczy. Chcemy odzyskac, waszego podrzegacza rewolucji. Wiadomosc o waszym porwaniu roznisla sie i teraz wszyscy wiedza o porwanym rodzenstwie. Musimy ich odzyskac.- wskazuje na mnie palcem. - gdzie macie chlopca?
- nie dostaniecie ich z powrortem.
- och, juz raz zdolalismy ich porwac. Wnioskujac, po tym, ze Sylvia nie okazuje ci szczegolnych wzgledow, domyslam sie, ze nie odzyskala jeszcze pamieci?- nie rozumiem o czym oni rozmawiaja. Zle ich slysze, bo znajduja sie kilka metrow przedemna, wiec zaczynam podchodzic blizej. Mezczyzna kontyuuje swoja wypowiedz- na twoim miejscu nie ludzilbym sie, ze ja odzyskasz. Po tym jak ja porwalismy, zminilismy jej wspomnienia. Nie bedzie pamietala nic z bunkrow, a juz szczegolnie ciebie. - znajduje sie juz praktycznie obok deana, ale ostatnie zdania ledwo co do mnie docieraja, bo widze, ze za przemawiajacym mezczyzna stoji dwoje normalnie ubranych ludzi. Sa zdenerwowani i chyba nie wiedza co sie dzieje. Mijam deana o krok i wtedy kiedy uswiadam sobie kim sa ci ludzie. oni tez mnie rozpoznaja. Ruszaja niepewnie w moja strone. Gdyby nie szok, ktory mnie paralizuje po tym jak rozpoznaje swoich rodzicow tez ruszylabym biegiem w ich strone. Wtedy slysze dwa glosne wystrzaly i moi rodzice padaja bez zycia na ziemie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz