Idziemy tym samym tunelem, tym razem w przeciwnym kierunku. Co chcwila zerkam za siebie, zeby psrawdzic co z mezczyzna. Jego rana krwawi dosc mocno. Rekaw ma juz caly przesiakniety krwia. Kiedy wchodzimy do wielkiej sali wszyscy spogladaja na nas ze zdziwieniem w oczach. Zastanawiam sie ilu ludzi musi mieszkac w tym bunkrze, bo zadnej twrazy nie rozpoznaje. Przy trzecim tunelu po prawej poznaje mezczyzne z blizna. Unosi brwi w zdziwieniu.
-widze, ze ducha walki w stolicy, nie zdolali z ciebie usunac, co? - pyta. Patrzy na mnie wyczekujaca. To do mnie to pytanie? Nie wiem o co mu chodzi. Wyrecza mnie mezczyzna z oceanarium.
- jak widac, cholera. Na moment nie spuscilem jej z oka, a i tak to nic nie pomoglo. Odwracnam sie i widze jeszcze, jak mezczyzna pokazuje rane na czole. Slycze jak ten zbizna zasysuje powietrze.
- no zdziwilbym sie gdyby ta mala nic nie kombinowala. Uwazaj na nia. - mruga do mnie z usmiechem. Nie wiem co mam o tym myslec.- gdzie idziecie?
- do skrzydla szpitalnego, jej rana znow sie otworzyla
-twoja tez trzeba oparzyc. Przed...- mowi duzy facet z blizna, ale urywa nagle. - przejde sie z wami.- puszcza mnie przed siebie.
- gdzie?- pytam.
- prosto- zaczynaja obaj, ale konczy tylko ten z blizna- piaty korytarz po prawej- ruszam przed siebie, starajac sie nie ruszac, reka. Ide duza sala i skrecam w piaty tunel po prawej. od nastepnego dzieli go dobre piec metrow, znow spodziewam sie, ze bedziemy szli dlugim korytarzem, jednak szeroke drzwi ukazuje sie juz pare metrow za zakretem. Nie widze rzadnych innych wiec mijam prog. Nikt mnie nie zatrzymuje, jednak nawet bez tege wiem, ze dobrze trafilam. Znajduje sie w duzej, sterylnie czystej sali. Pod scianami stoja rzedy luzek, oddzielonych parawanami. Na koncu sali widze kilka par drzwi.
Podchodzi do mnie kobieta, ktorej nigdy wczesniej nie widzialam. Ma zatroskany wyraz twarzy.
- oh, sylvio. Co znowu? Slyszalam o twojej rece. Nie oszczedasz jej od samego poczatku- zanim sie orientuje co sie dzieje, juz oglada moja reke. Ona tez zna moje imie. I zachowuje sie jakbymnie znala. Co jest grane, pytam siebie po raz kolejny. Kobieta zdejmuje moj opatrunek i moim oczom ukazuje sie dluga na jakies dziesiec centymetrow rana. Ktos zalozyl mi szwy, nawet nie wiem kiedy, jednak trzy z nich pekly. Rana sie otworzyla i wchodzi z nich zywe mieso. Zawartosc zoladka podchodzi mi do gardla. Przelykam ja z trudem. Teraz z rozciecia saczy mi sie krew. Zaczyna mi szumiec w oczach, a przed oczami robi mi sie ciemno. Odwracam glowe. Widze jak podchodzi do nas lekarz. Widzialam go juz. To ten sam, ktorego zobaczylam w celi, zaraz po przebudzeniu. Mowi cos do mnie, ale nie wiem co. Nic nie slysze. Staram sie oddychac przez usta, zeby nie wdychac zapachu krwi. Po trzecim wdechu juz jest mi lepiej.
-slyszysz mnie? - mowi lekarz.
- tak, juz jest dobrze.
- mowilem, ze musisz sie oszczedac. Jestes blada, chcesz sie wykrwawic. Gdyby nie to, ze spalas, przez trzy dni, juz bys teraz nie zyla.- co on mowi. Bylam nieprzytomna przez trzy dni? A gdzie jest andy?
- walki, ucieczki, szamotaniny, to nie jest teraz najlepszy pomysl. Powinnas lezec i nabrac sil.
-a co mam czekac, bezczynnie? Gdzie jest andy? Gdzie moj brat? Czemu mi to robicie? potwory! -Zaczynam wpadac w histerie
- daj jej srodek przeciwbolowy. I cos na uspokojenie- slysze spokojny glos doktora.- chodz dean, zajmiemy sie twoim czolem.
-nic mi nie jest.- odpowiada ktos. Czuje uklocie z lewym przedramieniu.- musicie jej to wstrzykiwac?
-musi odpoczac. Widzisz, ze jest w zlym stanie, a sama nie usnie. Zreszta i tak musimy ja jakos przewiesc.
-chyba nie wyruszamy na negocjacje dzisiaj?!- pyta ktos z oburzniem. przed oczami robi mi sie ciemno, a co co slysze jest coraz cichsze- ona nie moze...- reszty nie moge juz doslyszec. Pmnie ciezar i pchlania mnie ciemnosc.
Biore wdech. Jestem otumaniona, czuje to. Myslenie przychodzi mi ciezko. W tle slysze jakis dziwny dzwiek. Otwieram oczy i podnosze glowe. Staram sie rozeznac w sytaucji. Po pomieszczeniu w ktorym sie znajduje krzataja sie ludzie. Goruja nademna. Nawet nie jestem pewna czy to sa ludzie. Ich sylwetki znajduja sie za wysoko. Moze to sen. Moze wszystko, co sie ostatnio zdazylo to byl tylko sen i obudze sie u siebie z czystym pokoju. W moim luzku. Ale wtedy uswiadamiam sobie, ze leze. Dlatego te sylwetki wydaja sie takie duze. Podnosze sie do pozycji siedzacej. Otaczaja mnie sami mezczyzni, wysocy i dobrze zbudowani. Jedynie obok mnie siedzi kobieta ze szpitala, ktora szuka czegos w swojej torbie.
- nie,nie, nie lepiej sie nie podnos. Polez jeszcze chwile. I tak niedlugo bedziesz musiala wstac, bo takie sa rozkazy prezydent Row. Musisz wyjsc razem z nami. Na prawde nie wiem, dlaczego w ogole lecimy na negocjacje, przeciez, dopiero co cie odbilismy.- kobieta podchodzi do mnie. Ma tak przyjazny wyraz twarzy, nie sposob jej nie zaufac, dlatego postanawiam, ze uwierze, we wszystko co powie. Przygladam sie jej. Jest niska, nawet teraz kiedy siedze na lozku, jestem wyzsza od niej. Ma ciemne wlosy i duze oczy, ktore patrza na mnie z troska i wspolczuciem.
-prosze, powiedz mi co sie dzieje..- mowie spokojnie
-och, jedziemy na negocjacje, wielkiej radzie zalezy na tym zeby cie odzyskac.
-i zamierzacie mnie wypuscic? A moj brat co z nim?- kobieta wydaje sie byc zmieszna.
- wiem, dziecko, ze to wszystko poszlo nie tak. Narazie nie mozemy ci nic wyjasnic, ale spokojnie, bedzie dobrze. Teraz sie poloz, zaraz bedziemy ladawac.
- moj brat...
- z andym wszystko w pozadku. Ma sie dobrze. Zanim odlecielismy byl cie dowiedzic. Jak wrocimy na pewno sie z nim zobaczysz.- jak wrocimy? Andy zostal w bunkarach. To stad ten dziwny dzwiek. Lecimy poduszkowcem. Sadzac po odglosach musi byc dosc stary. Nie podoba mi sie to. Ale skoro andy zostal tam skad wyruszylismy, to musze tam wrocic. Za wszelka cene. Wierze kobiecie, ze z andym wszystko w porzadku.
- a co z...- nie wiem jak sie nazywa ten mezczyzna, ktorego walnelam w czolo. Wskazuje na czolo, a kobieta po chwili domysla sie o co mi chodzi.
-och nie martw sie, opatzrylismy mu rane, teraz ma ledwo widoczny slad-odpowiada z usmiechem.
-nie obchodzi mnie jego rana-rozgladam sie czy go nie ma, pozwalam sobie na szczerosc.- on mnie przeraza. I drazni mnie to, ze nieodstepuje mnie na krok. Jesli juz musicie mnie pilnowac, to nie moze to byc kto inny. -twarz kobiety smutneje. Pierwszy raz widze ja z takim wyrazem twarzy.
- przpraszam -mowie. Kobieta spoglada ponad moja glowe, odwracam sie i widze mezczyzne, o ktorym wlasnie mowilam. Widze, ze nie jest zadowolony z mojej wypowiedzi, ktora napewno slyszal. Ojojoj, jaki delikatny, zranilam jego uczucia. I bardzo dobrze mysle. Przez chwile przygladam mu sie, doprowadzil sie juz do pozadku i przybral opanowana mine, ale w jego oczach widze cos jeszcze. Gleboki smutek? Nie ma czasu sie nad tym zastanowic, bo moja uwage odwraca co innego. Obok niego stoi kobieta, ze srogim i ponurym wyrazem twarzy. Skads ja znam. Jest mniej wiecej mojego wzrostu. Ma ciemna karnacje, kruczoczarne wlosy i jasnoniebieskie oczy. To kobieta z oceanarium. Lapie lekarke za reke, ale nie daje jasnookiej kobiecie wiecej satysfakcji. Moja twarz nie wyraza strachu.
-to moze ja cie popilnuje, co? -pyta.
-daj spokuj, Meg. Nie draznij sie znia. Idziemy po zapoatrzenie.-mowi mezczyzna i odwraca sie nawet na mnie nie spogladajac. Meg odwraca sie bez slowa i idzie za nim.
- spokojnie, domyslam sie, ze musisz byc skolowana, ale nic ci tu nie grozi. Z niczyjej strony.
-ta kobieta...
-Meg ma takie poczucie humoru. Dopoki jej nie poznasz lepiej, na pewno jej nie polubisz. Ma trudny charakter. Zreszta za deanem wskoczylaby w ogien- patrzy na mnie jakby powiedziala cos niewlasciwego i zaraz zmienia temat.- oczywiscie nikt cie nie pilnuje, jednak przyda ci sie ktos, kto by sie oprowadzil po bunkrach jak wrocimy. I na pewno bedziesz miala wtedy duzo pytan, wiec mozemy znalezc do tej roli kogos innego. -kobieta usmiecha sie do mnie krzepiaca.
-nie znam pani imienia..-mowie. Niewiem czemu jej ufam i wierze, we wszystko co mowi.
-ach, no tak. Zapomnialam... Mam na imie Lily, Sylvio.
-a wy. Wszyscy znacie nasze imniona. Skad to wszystko wiecie? Moze pomysliliscie nas z kims innym. Ciagle zachowujecie sie tak jakbyscie mnie znali. Oczekujecie odemnie zachowan, ktorych ja sama nie moge przewidziec.
- nie czas teraz na wyjasnienia. Wlasnie ladujemy. Jak tylko wrocimy do bunkru, bedziesz mogla pytac o wszystko. Za pare dni twoj organizm sie oczysci mamy tez nadzieje, ze twoje wspomnienia zacznal wracac..- marszcze brwi.
- wspomnienia?
-ciii. Lez spokojnie. Musze isc na swoje miejsce, bo podchodzimy do ladowania.- Lily odchodzi odemnie. Widze, ze mezczyzni ktorzy wczesniej krzatali sie po pokladzie rowniez zajmuja miejsca sidzace pod przeciwlegla sciana. Klade sie i czekam, az wyladujemy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz