niedziela, 21 lutego 2016

5. Plany




Budze sie po dlugim snie. Czuje, ze spalam naprawde dlugo. Chyba w bezruchu, bo jestem cala odretwiala. Moj zoladek kurczy sie i wije przybierajac dziwne ksztalty. Ile czasu minelo odkad cos jadlam? Albo pilam? Chyba dlugo, bo jezyk mam wyschniety na wior. Otwieram oczy i probuje sie rozeznac w sytuacji. W oddali widze znajoma juz sylwetke potwora z oceanarium. Moje miesnie znow spinaja sie w akcie paniki. Chce poruszyc reka, ale bol jest straszny. Odrazu sie poddaje, a z mojego gardla wydobywa sie jek. To przykuwa uwage mezczyzny podchodzi do mnie. Na jego twarzy widnieje wyraz ulgi.
-w koncu. -mowi i podchodzi do mnie powoli z uniesionymi rekami.- spokojnie, nic ci nie grozi. Sama widzialas, ze andy ma sie dobrze. Nic wam sie nie stanie. - zastanawiam sie o co mu chodzi.
-zjedz cos. I napij sie. Nie mozemy cie odzywiac dozylnie.- podsuwa mi tace z jedzeniem i podaje butelke z woda. Poddaje sie. Siegam po nia i wypijam ponad polowe na raz. Moze jesli pomysla, ze uleglam, nie beda tak czujni i uda mi sie uciec? Siegam do tacy z jedzeniem. Podali mi jakies dziwne pieczywo. Bulke pelna ziaren i miske z zupa pelna roznych warzyw. Mysle, ze to nie wystarczy, ale nie oproznilam miski nawet do polowy, a juz jestem pelna. Postanawiam jesc powoli. Dokoncze chociaz zupe. Chociaz nie jest to najlepsza rzecz jaka jakdlam zyciu, to tak wlasnie smakuje. Zaczynam jesc powoli co chwila przerywajac posilek, na lyk wody. Butelka jest juz kompletnie pusta, a mi do ugaszenia pragnienia duzo brakuje. Wtedy mezczyzna podaje mi kolejna. Teraz mam chwile, zeby dobrze mu sie przyjrzec. Jest wysoki, na oko ma metr osiemdziesiat piec wzrostu. Krotkie wlosy, na czubku glowy troche dluzsze. Wystajace kosci policzkowe, prosty nos, i dosc wydatne usta. Jak na mezczyzne. Nie wyglada to zle. Jest na prawde przystojny. Na koniec zostawiam jego oczy. Sa okragle, szaro zielone. Prawie zachlystuje sie powietrzem. Nie wiem, czemu tak reaguje... ale ten kolor. Te oczy wydaja sie znajome, chociaz jestem pewna, ze nigdy wczesniej ich nie widzialam. To takie jakby wspomnienie snu. Czuje sie tak jakbym je widywala wiele razy, ale to nie jest mozliwe.
Usiwadamiam sobie, ze mezczyzna tez patrzy na mnie. Z.. nadzieja. Lekkim usmiechem. Oblewa mnie rumieniec, wiec skupiam sie na jedzeniu. Bulki nie moge juz w siebie zmiescic. Nie dam rady. Odsuwam od siebie tace, ale butelke z woda zostawiam.
-dziekuje - mowie. Musza myslec, ze uleglam, ze sie poddalam.
-nie skonczylas jeszcze. Musisz jesc. Twoja reka...-dotyka mojego opatrunku. Delikatnie. Ledwo czuje jego dotyk. Skora po ktorej przejechal palcem lekko mnie mrowi i zostaje na niej slad w postaci gesiej skorki. - przepraszam, to nie tak mialo wygladac. Nie wiem dlaczego zalozylem, ze poddasz sie bez walki. To nie lezy w twojej naturze. - patrze na niego jak kresli mi wzor na rece. W ty samym momencie nasz wzrok sie krzyzuje. Spogladam w dol i zabieram reke. Czemu mowi tak jakby mnie zanl? Nienawidze siebie za to, ze jego doty mi sie podobal. Slad, ktory zostawil lekko mnie swedzi. Przecieram je druga reka z obrzydzeniem. Poduklam nogi pod brode i obejmuje je lewa reka bo prawa jestem ledwo co w stanie ruszyc. Opieram glowe o kolana i w ten sposob odgradzam sie od swiata. Mysle o andym. Gdzie teraz jest. Ostatnim razem szybko go odemne zabrali.
- na parwde mozesz nam zaufac. Zobaczysz niedlugo, ze to wszystko dla twojego dobra. - tak jasne. To wszystko wasza wina. Mysle. - nie wiem, jak ci to wszystko wytlumaczyc. Dziwnie sie, ze nic nie pamietasz- o co mu chodzi przeciez pamietam wszystko. Pamietam, ze porwali nas z oceanarium. Ze kobieta wyrwala mi urzadzenie z przedramienia, czego dowodem jest rana. Podnosze glowe i patrze na niego. Chyba widzi, ze nie wiem o co mu chodzi, bo chce cos powiedziec, ale wtedy otwieraja sie drzwi. Stoi w nich mezczyzna. Wysoki,  umiesniony, z blizna na policzku. To musiala byc glegoka rana, bo blizna jest naprade duza. Chyba jest dosyc swieza, o czym swiadczy jej rozowy kolor.
Mezczyzna w dzwiach patrzy wyczekujaca na tego ktory siedzi obok mnie. Ten z ocenanarium marszczy brwi, podnosi sie i idze w kierunku wyjscia. Zostaje sama. Podchodze do wyjsia. Moze odeszli i uda mi sie uciec. Odszukam andiego i uciemniemy stad.jednak szysze, ze obaj rozmawiaja za drzwiami.
- ... wiadomosc. Chca jej i malego. Mamy sie spotkac w wyznaczonym miejscu. Chca negocjowac wymiane. - rozmawiaja o nas. O mnie i andym. Pewnie zebrala sie radam. Kamery musialy uchwycic nasze porwanie i chca nas odbic. Usmjecham sie do siebie pod nosem. Odbija nas, zabiora stad i nic nam nie bedzie.
- nie ma mowy. Wiesz, ze to niebezpieczne. Rada nie negocjuje. To niebezpieczne dla nas wszystkich. Pozabijaja nas. Nie mozemy znow ryzykowac, ze ja stracimy. Ze ja ja starce. - poznaje glos tego ktory teraz mnie pilnuje.  Przy ostatanim zdaniu zalamuje sie i konczy nagle.
-przykro mi, takie sa rozkazy. Ty je zawsze wykonujesz, mam racje?
-tak, ale na to nie moge sie zgodzic.
-przykro mi, taki rozkaz wydala sama prezydent Row.- nastepuje cisza.- wiesz, ze ta mala pojedzie, czy tego chcesz, czy nie. Jesli sie sprzeciwisz, to ty nie pojedziesz, na akcje.
- dobrze, ale chlopca nie bierzemy, na to sie nie zgodze. nie wiadomo jak to sie potoczy.- mowi potwor. Jest zly. Moge to poznac po jego glosie.
- to jeszcze da sie zlatwic. Rada wyraznie zaznaczyla, ze zalezy jej glownie na Sylvii.
- nie ma co sie dziwic, w koncu to ona... - odsuwam sie od drzwi i kieruje sie do lozka, bo slysze, ze glos znajduje sie coraz blizej. Cholera, przez to nie uslyszalam reszty zdania. Ona co? Zastanawiam sie juz na luzku i widze, jak mezczyzna wchodzi do pomieszczenia. Nie domysla sie, ze podsluchiwalam. Rada nas odbije mysle. Ale wtedy ogarnia mnie trwoga. Potwor z ocenarium wyraznie pwiedzial, ze nie wezma zesoba andiego. Bez niego nigdzie nie ide. Nie zostawie go tu samego. Predzej umre próbujac stad uciec!
Tylko co to da? On wtedy tez tu zostanie. Nie wiem co robic, lzy cisna mi sie do oczu z bezsilnosci.
- sluchaj, bedziesz grzeczna? Musimy cos zrobic. Zreszta na pewno muszisz yhm, skozystac z lazienki. - potwor usmiecha sie domnie niepewnie. On nie wie, ze podsluchiwalam. Wyjde z nim, zorientuje sie gdzie jestem i znajde andiego. Pozniej pomysle co dalej. Kiwam glowa, na znak, ze sie zgadzam. Wstaje powoli. I kierujemy sie do wyjscia. Mezczyzna prowadzi mnie przez jakis tunel. Co jakis czas mijamy przywieszone do brudnych szarych scian lampy. Bez nich panowala by tu kompletna ciemnosc,bo nie mijamy zadnych okien. Gdzie my jestesmy zastanawiam sie. Patrze w gore, myslac, ze moze, tam znajde jakies wskazowki i wtedy sie potykam. Mezczyzna lapie mnie w ostatniej chwili, bo grzmotnelabym twarza w podloge. Z moje gardla wyrywa sie krzyk, bo zlapal mnie za prawa reke. Czuje przenikliwy bol.
-cii, przepraszam. Cholera, patrz pod nogi. - mowi z poirytowaniem. -nic ci nie jest? Pyta. Tearz juz z wyrazna troska w glosie. Potrzasam glowa, ze nie, ale nie moge powstrzymac lez. Rzadko placze, nie lubie tego, a ostatnio zdarza mi sie to czesto. Denerwuje mnie to. Wiec nie zwazajac na bol, wyrywam reke z jego uscicku i odwracam sie do niego plecami zeby wytrzec lzy. Zaciskam mocno szczeke i oddycham gleboko, zeby wypchanc z siebie bol. Co oni mi zrobili? Zlosc narasta we mnie bardziej, co wzamcnia moja determinacje.
- i tak stad nie uciekniesz, nie masz nawet co probowac.- zaczyna ni z tego ni z owego- nie zauwazylas braku okien? Znajdujemy sie gleboko pod ziemia. Jesli nie znasz bunkru, to nie masz co marzyc o ucieczce. - dziwie sie, skad wiedzial, ze o tym mysle. Czyzby domyslal sie, ze podsluchiwalam, ale nie dal tego po sobie poznac?
- znam cie sylvio. Wiem, ze nie poddasz sie latwo i postarasz sie wydostac was stad obojga. Ale wierz mi, nie uda ci sie to. Z tego co wiem, nic nie pamietasz, wiec bunkra na pewno tez? Staje jak wryta. Co ja ma pamietac. Znow to samo. Czy on ma nierowno pod sufitem?
- no idz, mamy wazna sprawe do zalatwienia. - kieruje sie dalej prostym tunelem, zastanawiajac sie co potwor mial na mysli. Czuje pulsujacy bol w rece, ktory co chwila mnie dekoncentruje.
- przepraszam jeszcze raz za ta reke, to nie bylo specjalnie. Moglbym ci zalatwic tabletke przeciwbolowa, ale domyslam sie, ze wyplulabys ja, tak jak wtedy w oceanarium.
-i dobrze myslisz - mowie pod nosem, ale nie jestem swiadoma tego, ze nawet weschnienie slychac tu bardzo dobrze, przez to ze pomieszczenie jest takie male, i facet za mna usyszal, to co mu odburknelam. Zaczyna sie smiac.
Idziemy jeszcze kawalek i przedemna ukazuje sie ogromna sala. Pelna ludzi ktorzy przestali robic to czym zajmowali sie do tej pory i wszyscy odwrocili sie w nasza strone. Patrza na nas z niedowierzaniem. Jedna kobieta chce do nas podejsc, ale nagle sie zatrzymuje, i patrzy na cos za mna. Kiwa smutno glowa i wraca do swich zajec. Podnosi duzy koszi kieruje sie w nieznanym mi kierunku. Po chcwili rozlegaja sie szepty, ale oczy wszystkich nadal sa skierowane w nasza strone.
- no ruszaj dalej. - odwracam sie i unosze pytajaca brwi.
- niby gdzie? - pytam zjadliwie, bo nie wiem gdzie mam isc. Dlugi tunel skrecal co jakis czas w lewo lub prawo, ale nie mial zadnych odnog. Teraz znajdujemy sie w ogromnej sali, w ktorej czasami co dwa czasem co jakies piec metrow znajduje sie wejscie. Po mojej lewej znajduja sie schody, na drugim koncu sali rowniez. To nimi powinnam uciekac, skoro znajdujemy sie pod ziemia, jak jednak to zrobic skoro w sali znajduje sie tyle ludzi?
-trzcie wejscie po lewo-  potwor pokazuje dodatkowo reka gdzie mam isc, czym mnie irytuje. Jakbym byla niedorozwinieta i potrzebowala dodatkowych wskazowek. Moze jeszcze wezmiesz mnie za reke i zaprowadzisz? Mysle. Jednak nie mowie tego glosno tylko kieruje sie do owego wejscia. Kark swiedzi mnie od spojrzen ludzi i ciesze sie kiedy znikamy w tunelu, jednak jeszcze przez jakis czas slysze szepty, ktore niosa sie echem. Po jakims czasie zaczynamy mijac drzwi. Zatrzymuje sie przy pierwszych, z nadzieja, ze to lazienka, bo pecherz mnie cisnie od wody ktora uzuplenilam w szybkim tepie. Mezczyzna jednak tylko kreci glowa i pokazuje mi, ze mam isc dalej. Ruszam wiec prosto przed siebie z postanowieniem, ze nie zatrzymam sie dopoki facet mnie nie zatrzyma. Jak tylko zalatwie sprawe, musze mu sie jakos wymknac, znalezc malego i. ... Wtedy pomyslimy.
Po chwili mezczyzna zrownuje sie ze mna i idziemy obok siebie. Przez to, ze tunel jest ciasny, idziemy bardzo blisko siebie, prawie ocieramy sie o siebie ramionami. Odsuwam sie od niego z obrzydzeniem jakie we mnie i prawie szuram lewym ramieniem o boczna sciane. Ciekawe dlaczego teraz idzie obok mnie? I gdzie mnie tak daleko prowadzi. Zrozumialam, ze przez zapewnienia o tym, ze jestesmy z malym bezpieczni przestalam sie pilnowac. Tak jakby podswiadomie mu zaufalam. Wzdycham, kiedy uswiadamaiam sobie, ze to prawda. Gdzie jes maly? Czy nic mu nie jest?
- gdzie jest andy? - pytam. Slowa wyplywaja z moich ust zanim zdaze ugryzc sie w jezyk. Mimowolnie spogladam na mezczyzne u mego boku. Na jego twarzy widnieje usmiech.
-bezpieczny, nic mu nie bedzie- usmiecha sie jeszcze przez chwile, ale nagle powaznieje. Uswiadamaiam sobie, ze wczesniej zapewnial mnie o naszym bezpieczenstwie. Tym razem, w przeciwienstwie, do tego co bylo wczesniej, nie dodal, ze ja rowniez. Wczesniej mowil o tym na kazdym kroku. Czyzby prowadzil mnie do jakiejs sali, zeby mnie zabic? Torturowac? Mezczyzna zatrzymuje sie nagle, prawie na koncu korytarza. Mysle, ze moze, jakims cudem uslyszal moje mysli. Patrze na niego ze strachem, on jednak pokazuje mi drzwi na koncu tunelu i otwiera je przede mna. Wchodze do duzej lazienki. Po prawej stronie znajduje sie rzad umywalek, nad nimi dlugie lustro. Po lewej stoja kabiny z, jak sie domyslam, toaletami. Kawalek dalej widze drzwi, chociaz sa otwarte, to nie widze co znajduje sie w drugim pomieszczeniu. Dziwi mnie to, ze nie slysze dzwieku ktory towarzyszy zamykanym drzwiom. Odwracam sie i widze, ze mezczyzna wchodzi do toalety razem ze mna. Moje serce zaczyna bic szybiej. Co on chce i zrobic?
-no zaczynaj- patrzy na mnie, nie wie o co mi chodzi, a mnie paralizuje strach. Z pamieci wyplywaja okropienstwa, ktorych uczylam sie z historii swiata. Przypominam sobie, jak kiedys mezczyzni krzywdzili kobiety i przeszywa mnie dreszcz. Nawet gdyby moje przypuszczenia okazaly sie nie prawda nie mam zamiaru zalatwuac swoich spraw przy nim, bo najzwyczajniej w swiece sie wstydze.
-aaaa- mezczyzna chyba sobie uswiadamia czemu sie nie ruszam- sluchaj, nie zostawie cie tutaj samej. Myslisz, ze nie wiem co kombinujesz. Juz pewnie myslisz jak stad uciec i jak cie zostawie sama zaraz znajdziesz cos, co mozesz uzyc jako bron, a ja nigdy na to bym nie wpadl. Zreszta od kiedy jestes taka wstydliwa co?- usmiecha sie bardziej do siebie, jakby cos sobie przypomnial.
-to moze jeszcze wejdziesz, ze mna do kabiny i potrzymasz mnie za reke?- wyrywa mi sie zanim zdaze ugryzc sie w jezyk. Co on sobie mysli. Wyobrazam sobie, ze wymierzam mu siarczysty policzek. Skad u mnie takie mysli. Jestem skolowana. W idealnym swiecie nikt nie powinien tak myslec. Tyle, ze jak teraz nie znajduje sie w idalnym swiecie. Pozatym, nawet gdybym go spoliczkowala, pewnie szysbko rozstalabym sie z zyciem.
-no chcialbym, ale mysle, ze narazie to sobie darujemy. Poki co mozesz liczyc tylko na to, ze odwroce sie plecami, i stane przy drzwiach. A teraz zaczynaj, bo nie mamy czasu.- nienawidze go. Poraz kolejny to sobie powtarzam. Ale co moge zrobic. I tak jak na wieznia nie jestem tak zle traktowana. Odwracam sie plecami do mezczyzny i wybieram toalete oddalana jak najbardziej od tego ptwora. Wchodze do kabiny i poszukuje czegos co moglabym urzyc jako bron. Sama nigdy na to bym nie wpadla. Dzieki za podpowiedz mysle kasliwie, ale i tak nie widze nic co mogloby mi sie przydac. Oddaje mala ilosc ciemnoebrazawego moczu. To przez odwodnienie.
Wychodze z kabiny i kieruje sie do zlewu. Myje rece i z przyzwyczajenia podnosze wzrok. Przezywam szok. Odbicie ktore widze, rozni sie bardzo od tego ktore widzialam ostatnio. Mam potargane wlosy, ubrudzone krwia. Nad prawa brwia widze rozciecie, ktorego wczesniej nie bylam nawet swiadoma. Mam tez rozcieta dolna warge. Policzki mam czerowne i napuchniete. Tak jak i oczy. to od placzu. Moja szyja jest ciemnofioletowa. Przesuwam lekko po niej palcem. Nawet lekki dotyk powoduje bol. Kieruje wzrok na moje prawe przedramie. Zapomnialam, ze zdobi je teraz bandarz wiec nie widze znajdujacej sie tam rany. Na snieznobialym bandarzu widnieje dluga, szkarlatno czerwona linia. Widocznie rana sie otworzyla kiedy tamten mnie szarpnal.
- na twim miejscu, nie startowalbym w konkursie pieknosci.- slysze za soba glos. Blizej niz sie spodziewalam. Mezczyzna stoi za mna. Widze to w lusterku. Marszcze brwi i odkladam mydlo ktorym mylam rece. Zamiast tego jednak wypuszczam je do umywalki i lapie za szklana mydelniczke. Odwracam sie szybko i wymierzam cios w glowe potwora. Musi miec na prawde twarda czaszke, bo kawalek mydelniczki odlamuje sie i rozcina mi bolesnie skore. Jej pozostalosci dalej trzymam w dloni.  uderzenie dekoncentruje go na moment. mijam potwora i kieruje sie w strone drzwi. Biegne ile sil w nogach, chociaz nie jest to latwe, bo stracilam duzo krwi. Tamten chyba sie pozbieral, bo slysze, ze po chwili zaczyna mnie gonic.
- stoj. Nie uciekaj.- krzyczy. Masz jeszcze jakies zyczenia, mysle sobie. Moje nogi mecza sie coraz bardziej, i zaczyna krecic mi sie w glowie.-nie mozesz- slysze, blizej niz moge sie spodziewac. Albo on biega naprawde szybko, albo jestem bardziej oslabiona niz mi sie wydaje. do najwolniejszych ludzi nie naleze. W szkole  bylam najszybsza. Po zbyt krotkiej chwili potowr mnie dopada. Lapie mnie za ramie i odwraca gwaltownie, tracimy rownowwage i zwala sie na mnie. Przyciska mnie do ziemi calym swoim cialem.
-cholera, mowilem stoj. Jestes za bardzo wyczerpana na takie ekscesy.- patrze na niego. Rozcielam mu czolo mydelniczka, i teraz krew saczy sie z jego czola.
-zlaz ze mnie! -sycze. zaczynam sie szamotac. Juz po mnie mysle. Probuje sie zamachnac resztka mydelniczki, ale on siada na mnie i unieruchamia mi zdrowe ramie noga. Lapie mnie za prawa reke i wyrzuca, cos co kiedys bylo mydelniczka. Slysze jak szklo rospryskuje sie na kawaleczki.
- uspokuj sie!
- wole, zebys mnie zabil tu na miejscu! - znow chce sie wyrwac, ale jego ciezar skurecznie mi to uniemozliwia.
- nikt cie nie chce zabic! W stolicy zrobili z ciebie paranoiczke! - ucisza sie, jakby powiedzial, cos czego nie powienien. - jak cie puszcze, to przestaniesz mnie atakowac?- wyciera sobie rekawem krew, ktora zaczela splywac mu do oka. - zobacz, twoje szwy sie znowu otworzyly! Nie oszczedzasz reki, jak tak dalej pojdzie, wiesz ile czasu zajmie jej wyjeczenie?
- to wasza wina!- on jest bezczelny. To niby moja wina, ze rozcieli mi reke. Pewnie dla zabawy.- zlaz ze mnie, mowie!
- a bedziesz spokojna? Puszcze cie, ale prosze, daj mi troche czasu. Niedlugo zobaczysz, ze to dla twojego dobra. Wszystko ci wyjasnimy. - kiwam glowa, tylko po to, zeby wreszcie ze mne zszedl. Jest naprawde ciezki. Potwor podnosi sie i podaje mi reke, zeby pomoc mi wstac. Ignoruje ja i dzwigam sie na lewj rece. Moze jednak zaczekam chwile. Cos tu jest nie tak. Przeciez po tym zrobilam, gdyby chcieli mnie zabic juz bym nie zyla. I andy. Tez nie wydaje sie zeby cos bylo z nim nie tak.
- nawet jak jestes oslabiona, to zamach masz niezly.- znow wyciera czolo rekawem. - juz sie nie szamoczesz? - kiwam przeczaco glowa. Juz nie mam na to sily. Reka pulsuje mi z bolu, spogladam na bandarz, szkarlatna plama znow sie powiekszyla. Zreszta gdyby chcieli mnie zabic juz dawno bym nie zyla.
- dobrze, trzeba znow opatrzyc twoja reke- wzdycha i puszcza mnie przodem- idziemy do skrzydla szpitalnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz