niedziela, 21 lutego 2016

18.Niespodzianka




Mam nakaz leżenia przez co najmniej tydzień. Tak powiedziała mi Lilly. Kiedy próbowałam się sprzeciwić, poszła po doktora Grease'a, a ten najzwyczajniej w świecie zabronił mi wychodzić z łóżka. Gdyby nie to, że Dean i Will pilnowali mnie teraz na zmianę, uciekłabym stąd przy najbliższej okazji, bo bardziej nudzić się już tu nie da.
- Nie narzekaj tak. Leżysz tu dopiero od trzech dni, a i tak większość czasu przespałaś. - upomniał mnie Will, któregoś razu, kiedy znowu zaczęłam gderać. Ostatnio nie robię nic innego. Mam za dużo czasu na myślenie, a i tak nie zdążyłam sobie wszystkiego poukładać w głowie.
  Po pierwsze nie wiem co mam teraz zrobić. Dean'a i Will'a widzę codziennie. Wszystko jest okej, bo ze względu na moją rekonwalescencję nie bardzo mogą na mnie naciskać. Nie przeszkadza im to jednak, w złowrogich spojrzeniach i kąśliwych uwagach, które wymieniają między sobą, kiedy się widzą. Zachowują się jak dzieci. Ja sama nie wiem dokładnie czego oni ode mnie oczekują. Ani jeden, ani drugi nie rozmawiają ze mną teraz na żadne trudne tematy. Czasami zapada jednak niezręczna cisza. Szczególnie, kiedy jestem z Deanem.
  W dodatku to nie koniec moich problemów. Prezydent Row zaczęła się martwić, że ciągle nic sobie nie przypominam. Nie wiem, czemu jej tak na tym zależy. I chociaż myślę nad tym od kilku dni, staram się przypomnieć sobie cokolwiek, to nić to nie daje.
- Myślisz, że jak będziesz starła się coś sobie przypomnieć, to tak się stanie? To tak jak wmówić sobie ból brzucha. - Will uśmiecha się do mnie pobłażliwie. Nie wiem czemu w to nie wierzy.
- Słyszałam, że to jest możliwe. - patrzę na niego wilkiem. Często proszę go, żeby opowiadał mi o moim wcześniejszym życiu tutaj, jednak nie jest do tego skory. Czasem zdaje się jakby coś ukrywał. Jednak w to wątpię  Przez tą nudę i uderzenie w głowę popadam w paranoję. Z Dean'em nie chcę rozmawiać o tych rzeczach, bo boję się, że powiem coś czego nie powinnam. Nie wiem też jakby się czuł, rozmawiając ze mną, o mnie i rzeczach, których nie pamiętam.
- Tak, a jak będę mocno wierzył w to, że umiem latać, to...
- Dobrze, załapałam. - urywam. Wszystko mnie irytuje. Dziwię się, że chłopaki jeszcze ze mną wytrzymują.
- No, to cieszę się. - Will szczerzy się szeroko, co jeszcze bardziej mnie denerwuje. Jesteśmy sami w sali. Lilly odwiedza mnie coraz rzadziej, bo wie dobrze, że Will i Dean mnie pilnują.
- Dziś mały ma do ciebie przyjść. Pyta o ciebie. - to zwraca moją uwagę. Wiem, że teraz Dean pilnuje małego. Przeprowadził się na jakiś czas do mojej kwatery, żeby mały nie czuł się dziwnie. Deanowi to nie przeszkadzało, bo kiedyś mieszkaliśmy tam razem...
  Przeszkadzało mu jednak to, że na nocnych zmianach pilnował mnie Will. Ale co mógł zrobić? Nie wiem, co sobie wyobrażał, jednak ja każdą noc smacznie przesypiałam. Will nie miał już tak wygodnie, bo spał na fotelu, który przyniósł z gabinetu doktora. Inaczej musiałby spać na niewygodnym krześle. Chociaż wtedy może by mnie w końcu zostawił. Nie chodzi o to, że wtedy bym uciekła  jednak to trochę krępujące spać z nim w tym samym pokoju. Tym bardziej, że przez pierwsze dwa dni, nie robiłam praktycznie nic innego.
- A kiedy będzie?- Stęskniłam się za Andy'm.

- Dean obiecał mu, że wpadną zaraz po zajęciach. - wzdycham, bo to nastąpi za kilka godzin. Dean teraz pewnie odprowadza mojego brata na zajęcia, a zaraz po tym zjawi się u mnie, żeby mnie pilnować. To musi być męczące. Przyglądam się Will'owi. Ma lekko podkrążone oczy. Nie wygląda na wypoczętego, ale co się dziwić skoro każdą noc przesypia na niewygodnym fotelu.
- Wyglądasz na zmęczonego. - mówię. - Idź się wyspać. Nie ucieknę. Dean zaraz tu bedzie. - Will marszczy brwi.
- Jestem pewien, że bedzie tu za chwilę, więc jeśli jeszcze zaczekam nic mi się nie stanie. - usmiecha się lekko. Wzdycham, bo nic nie jest w stanie go przekonać do zmiany zdania.
- Lilly mówi, że jeszcze dwa dni i będziesz mogła się przenieść do siebie. - jeśli chciał mnie pocieszyć to mu się to udało. Uśmiecham się szeroko, a on odpowiada tym samym. - Choć oczywiście do pracy nie będziesz mogła wrócić. - to ostudza nieco mój zapał. Ale lepsze już chyba leżenie w domu, niż w tej klitce. I codziennie będę widywała Andy'ego.
- Myślę, że jakoś to przeżyję.
- No widzisz. I taka postawa mi się podoba. - uśmiecha się szeroko. - W końcu jakaś odmiana od zrzędenia. Myslałem, że już nic innego nie umiesz. - wywracam oczami. Will uwielba się ze mną droczyć. W trakcie pobytu w szpitalu strasznie mnie to irytowało, jednak teraz, po ostatniej informacji, mi to nie przeszkadza, więc się uśmiecham. Nie zdążam mu jednak odpowiedzieć, bo drzwi się otwierają i wbiega Andy. Unoszę wysoko brwi ze zdziwienia.
- Sylvia!!! - mały wdrapuje się Willowi na kolana, żeby po chwili znależć się na łóżku. Wtula się we mnie. - Tęskniłem za tobą! - piszczy mi do ucha. Odsuwa się odemnie, żeby mi się przyjżeć. - Ostatnim razem, jak u ciebie byłem to spałaś - posyła mi spojrzenie pełne wyrzutu. Nie wiedziałam, że wcześniej mnie odwiedzał.
- To dobrze. Powinna dużo odpoczywać, po... - zaczyna Will, ale uciszam go spojrzeniem.
- Byłam zmęczona i tyle. Ale mogliście mnie obudzić.
- Andy chciał, ale mi nie pozwoliłem. - Dean podchodzi bliżej łóżka. Cieszę się, że nie jestem podłączona, do żadnej aparatury, która sprawdza pracę mojego serca, bo teraz zaczełaby wariować. Nie wiem, czemu tak na niego reaguję.
- A ja jestem grzeczny - Andy kiwa głową. Dlatego Dean zabrał mnie tu jeszcze przed przedszkolem. - uśmiecha się triumfalnie.
- No to bardzo się cieszę - uśmiecham się i głaszczę go po policzku. - Jak tam? Jak zajęcia?
- Super. Z Dean'em fajnie się mnieszka. Zesztą pamietasz. - opuszczam wzrok bo nie pamiętam. Na szczęście Andy nie rozwija tej kwestii tylko opowiada dalej. - Opowiada mi wieczorem bajki.
- O proszę. A pamiętasz jakieś?
- Tak, wszystkie, jak będziesz chciał, to później ci opowiem.
- Jasne, że chcę.
- No, rzeczywiście później, bo teraz musimy iść. - mówi Dean. - Nie chcesz się chyba spóźnić, nie? - mały krzywi się. Chyba jednak niezbyt mu spieszno.
- A nie możemy posiedzieć jeszcze chwilę? - patrzy na mnie błagalnie. Też chciałabym, żeby został.
- Rose będzie smutna. - oznajmia Will. - Chodź Andy. Odprowadzę cię po drodze. Sylvia niegdzie ci nie ucieknie. - mały całuje mnie w policzek, ale jest przygaszony. Rozczohruję mu włosy i zmuszam się do uśmiechu.
- Spokojnie, juz niedługo wychodzę, więc się nie martw. - trochę poprawia mu to humor, jednak dalej niechętnie wychodzi z Willem. Machają mi na pożegnanie i tyle ich widzę.
- No, nie martw się. To tylko pare godzin, szybko ci zleci. - Dean zwraca na siebie moją uwagę. Wie bardzo dobrze, że najchętniej pozwoliłabym Andy'emu zostać.
- Tak, bo tutaj czas płynie tak szybko. - mówię sarkastycznie. Dean podchodzi do łóżka. W ręku trzyma jakis pakunek, którego wcześniej nie zauważyłam, bo byłam roproszona.
- Więc pewnie się ucieszysz, bo mam dla ciebie niespodziankę. Czas na pewno minie szybciej. - uśmiecha się i wręcza mi, to co ze sobą przyniósł. Marszczę brwi, w dziwieniu.
- Co to jest?
- Nie gadaj tylko się ubieraj. - uśmiecha się szeroko. Rozwijam pakunek i widzę moje ubrania. Znoszone jeansy i ciepłą bluzę.
- Na co mi to? - pytam. Jeśli mam się przebrać, to chyba w inną piżamę, a nie normalne ubranie. Dean przewaraca oczami.
- To są spodnie. Zakładasz je na nogi, mam zademonstrować? - pyta.
- Nie bądź złośiwy. - do pokoju wchodzi Lilly. - Dostałaś małą przepustkę. Tylko nie szarżuj. - grozi mi palcem, ale przez jej ciepły uśmiech, nie wygląda to strasznie. - Masz się słuchać Dean'a.
- Mogę stąd wyjść?! - z podniecenia głos podskoczył i o oktawę. Już chce wyskoczyć z łóżka, kiedy Lilly mnie powstrzymuje.
- Tylko ostrożnie. Nie przemęczaj się, nie ruszaj się za szybko. Jak się zmęczysz, to masz natychmiast tu wrócić. - wzdycham, bo kobieta ostudza mój zapał. Wiem, że gdybym mogła wyjść sama, nie przejmowałabym się takimi rzeczami i wróciłąbym najpóźniej jak tylko by się dało, ale Dean, mój eatatowy ochroniarz, będzie mnie pilnował i mi na to nie pozwoli.
- Ty chyba już wszystko wiesz. - zwraca się do niego. - Gdyby ją coś bolało, wracajcie tu i daj jej to - wręcza mu małą tabletkę - i..., nie to chyba wszytsko. - Lilly posyła mi znaczące spojrzenie, klepie Dean'a po ramieniu i wychodzi. Wstaję powoli. Kręci mi się w głowie, lecz zaciskam mocno powieki i wyzbywam się zawrotów głowy. Odwracam się, kiedy mijają.
- To co, idziemy? - Dean patrzy na mnie zastanawiając się na co czekam. Ważę tylko ubrania w dłoni i zerkam to na niego, to na nie, lecz on dalej nie wie o co mi chodzi.
- Aaaa... - chyba załąpał, że nie mam najmniejszego zamiaru się przy nim obnarzać - to ja, ten. Poczkam na ciebie przed salą. Jak coś to krzycz. - wychodzi nie patrząc na mnie. Ubieram się najszybciej, jak się tylko da, co nie jest łatwe, bo przez to, że leżałam bezczynnie przez trzy dni, i przez to, że mam jakiś uraz co rusz kręci mi się w głowie.
 Kiedy kończę wychodzę z mojego więzienia. Nie wiem czemu, ale dostałam oddzielną salę. Zazwyczaj chorzy muszą leżeć na głównej, gdzie w najlepszym wypadku, od sąsiada oddziela go parawan. Nie wiem, czemu jestem traktowana ulgowo, jednak jestem wdzieczna, że mogłam mieć trochę prywatności.
  Dean czeka przy samych drzwiach opatry plecami o ścianę. Na jego widok serce tłucze mi się o żebra.
- To co gdzie idziemy?
- Zobaczysz - uśmiecha się tajemniczo i bierze mnie pod rękę. Miejsca, w których się stykamy od razu zaczynają mnie parzyć, tak jak zawsze.
  Idziemy w ciszy, powoli. Przez cały czas zastanawiam się, jaki jest cel naszego spaceru. Wychodzimy do głownej sali i zaczynamy wspinać się po schodach. Już myślę, że idziemy do kwatery, ale kiedy jesteśmy na odpowiednim piętrze, Dean mija korytarz nawet na niego nie patrząc. Teraz już nie mam kompletnego pojęcia gdzie on mnie prowadzi. Kiedy znajdujemy się na poziomie ósmym mam już porządną zadyszkę, w przeciwieństwie do Dean'a.
- Chesz odpocząć? - kiwam tylko głową i przysiadam na schodku.
- Poddaję się - mówię - nic nie przychodzi mi do głowy. - Dean patrzy na mnie zdziwiony. - Nie mam żadnego pomysłu gdzie mnie zabierasz. - marszy na chwilę brwi a potem szeroko się uśmiecha.
- To dobrze. Zresztą skoro idziesz ze mną potulnie, to znaczy, że już się mnie nie boisz. - nie wiem jak to możliwe, ale jego uśmiech robi się jeszcze szerszy. Zbija mnie tym wyznaniem z pantałyku. Zresztą ma rację, też to sobie właśnie uświadomiłam. Nie wiem jak zareagować więc wywracam oczami.

 Speak up - pop etc

- Ja się nigdy ciebie nie bałam... - Dean patrzy na mnie z powątpiewaniem. Racja, to nie jest prawda. - ja cię po prostu nie lubiłam. - uśmiecham się do niego, żeby nie odebrał tego źle. Dean prycha, najwyraźniej się tym nie przejmuje. Unoszę brwi na jego reakcję.
- Mówisz w czasie przeszłym - wyjaśnia. - Idziemy? - pyta nie czekając na moją odpowiedź.
  Wstaję i dalej kierujemy się ku górze. Wchodzimy wyżej, kolejne dziesięć pienetr. Odkąd tu jestem, nie byłam jeszcze tak wysoko. Z jednym wyjatkiem. Znajdujemy się teraz na dąlowisku dla poduszkowców. Byłam tu tylko raz, kiedy wrócilismy z negocjacji. Po plecach przechodzą mnie ciarki, na wspomnienie tego jak się wtedy czułam. Dean prowadzi mnie między poduszkowacmi. Wcześniej nie zauważyłam, jak wiele ich sie tu znaduję. Lądowisko zajmuje bardzo rozległy teren, a maszyny są usawione w równych odległościach, żeby zaoszczędzić jak najwięcej miejsca.
  Idziemy do samego końca pomieszczenia. Znajdujemy się teraz przy odległej ścianie, w której znajdują sie jedne drzwi, a obok nich czytnik kart. Żeby przez nie przejść, trzeba mieć kartę, która Dean przeciąga przez urządzenie. Najpierw zapala się żółta lampka, która po chwili zaczyna mrugać i zmienia kolor na zielony. Dean otwiera drzwi i widzę kolejny korytarz ze schodami, które porwadzą w górę.
- Śmiało. - gestem pokazuje mi, że mam iść, więc zaczynam się wspinać. Zastanawiam się, jaki jest cel naszego spaceru. Schody prowadzą jeszcze dwa poziomy wyżej. Po tym zatrzymują mnie kolejne drzwi, które wyglądają identycznie jak poprzednie. Dean zatrzymuje się i kolejny raz przeciaga kartę przez czytnik. Otwiera przedemna drzwi i puszcza mnie przodem z szerokim uśmiechem.
  Nie mogę uwierzyć w to co widzę. Piękno tego miejsca zapiera mi dech w piersiach. Nie tego się spodziewałam. Znajdujemy się w gęstym lesie. Drzewa są pięknie zielone, a przez ich liście przebijają się promienie słońca. Wychodzę nieśmiało na zewnątrz i zatrzymuję się pod pierwszą plamą światła. Zamykam oczy i umoszę głowę tak, żeby słońce ogrzewało mi twarz. Uśiecham się do siebie, co ciepła, które czuję na twarzy. Myślę, że mogłabym tak stać w nieskończoność. Tak tęskniłam za tym uczuciem. Wcześniej, kiedy mogłam, nie doceniałam piękna natury. Miałam je na codzień, bylo to dla mnie czymś oczywistym. Wszegogarniająca zieleń i światło słoneczne. Teraz, jestem go tak sprawgniona, że nie mam ochoty na nic innego, jak podziwianie otaczającej mnie przyrody.
Wdycham głeboko świerze powierze. Zapach lasu, igieł sosnowych działa na mnie jak jakis środek odurzający. Kiedy wdycham go głeboko, mam wrażenie, jakby moje ciało oczyszczało się ze wszystkich złych wspomnień, które mi się ostatnio przytrafiły.
  Czuję na sobie wzrok Deana, więc też na niego Patrzę. Przygląda mi się wzrokiem, którego nie mogę zrozumieć. Po chwili jednak się otrząsa.
- Wiedziałem, że będzie ci się podobać. - uśmiecha się szeroko. Wzruszam tylko ramionami, i chcę już się umościć wygodnie na ściółce, jednak Dean mnie zatrzymuje. - Nie.. Zaczekaj, mam lepsze miejsce.
- Nie wiem czy może być coś lepszego, od tego - rozkładam szeroko ręce, żeby objąć znajdujący się na około mnie widok. Jedyną oznaką bytności człowieka tutaj, może być jedynie wejście do bunkra, które wygląda teraz jak malutki budynek, mieżący może dwa metry, o tej samej długości i szerokości.
- Chodź, zaufaj mi. - wyciąga do mnie ręke, którą łapię bez zastanowienia. Idziemy obok siebie, a ja czuję bijące od niego ciepło. Przyjemne ciepło. Wszystko jest teraz idealne i to, że Dean teraz znajduje się obok mnie napawa mnie szczęściem. Mam wrażenie, że gdyby go tu nie było, wtedy byłoby zupełnie inaczej.
  Idziemy w ciszy, bo słowa wydają się być zbędne. Rozkoszuję się śpiewem ptaków, otaczającymi mnie widokami i zapachami. Idziemy dobrze ponad godzię, jednak nawet w najmniejszym stopniu mi to nie przeszkadza. Tęskniłam za odmianą. Ciągła monotonia, która bezustannie otacza mnie w bunkrze, zaczęła mnie już przytłaczać. Zmiana otoczenia, dobrze na mnie działa.
  Po jakichs dwuch godzinach, zauważam, że las zaczyna rzednąć. Zmienia się też zapach i wiatr lekko przybiera na sile. Pokonujemy jeszcze kawałek drogi i wychodzimy na łąkę upstrzoną kwiatami w przenajróżniejszych kolorach. Nie spodziewałam sie czegoś tak pięknego.
- Jak?... - widok odbiera mi mowę. Mija chwila, zanim moge zebrać myśli - Myślałam, że takie rzeczy poza Stolicą już nie istnieją.
- Jak widać, myliłas się.
- I bardzo dobrze.  puszcam rękę Dean'a i wbiegam na polanę. Dotykam wysoko rosnących kwiatów i trawy. Nie myślałam, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę takie widoki. Padam na ziemię nagrzaną od słońca, zamykam oczy i rozkoszuję się otaczającym mnie miejscem. Dean podbiega do mnie szybko.
- Hej, wszystko ok? - wygląda na zaniepokojonego. Otwieram oczy, bo zasłonił soba słońce.
- W jak najlepszym. - siadam i łapię go za rękę. - Spróbuj. Zobacz jaka ziemia jest ciepła. - słucha mnie i siada obok mnie. Siedzimy przez chwilę w ciszy.
- Podoba ci się? - pyta Dean.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - jestem zachwycona.
- Więc cieszę się, że niespodzianka się udała - mówi cicho i zakłada mi za ucho kosmyk włosów, który wiatr zwiał mi na twarz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz