niedziela, 21 lutego 2016

15. Powrót




W nocy przekręcam się z boku na bok. Nie mogę usnąć rozmyślając na przemian o Dean'nie i Will'u.
Ciągle układam sobie słowa przeprosin, jednak żadne z nich nie wydaje się być na miejscu, kiedy przypominam sobie oczy Deana, kiedy widziałam go ostatnim razem. Zdecydowanie przesadziłam. Mogłam zachować swoje zdanie dla siebie. Teraz już tak nie myślę. Lilly ma rację. To nie on zabił moich rodziców. I to nie on wydał rozkaz, żeby mnie odbić.
Odwracam się na drugi bok, jakby to mogło mi pomóc uciec od niewygodnych myśli.
 Will. On tez nie daje mi spać. Gest, którym mnie pożegnał nie wydaje się być przyjacielski. Co więcej, zastanawiam się co wtedy czułam. Nie wiem też jak jutro się z nim przywitać. Czy będzie coś o tym wspominał? Czy mam udawać, że nic się nie stało? A może tak właśnie było?

 Rano budzę się niezbyt wypoczęta. Udało mi się usnąć, jednak sen strasznie mnie zmęczył. Przez cały sen szukałam czegoś, chociaż sama nie wiedziałam czego. Przemierzałam labirynty co chwila tracąc orientację. Wiem, że na końcu prawie udało mi się znaleźć to czego szukałam, jednak nie dotarłam do celu.
 Wstaję powoli z łóżka. Najchętniej dziś w ogóle bym z niego nie wychodziła, jednak obowiązki mi na to nie pozwalają. Myję się i ubieram w żółwim tempie. Andy jest we wspaniałym humorze. Żeby go ubrać muszę go ganiać po całym pokoju, chociaż nie mam na to najmniejszej ochoty. Coś czuję, że to będzie ciężki dzień.
 Kiedy w końcu udało mi się ubrać małego wychodzimy z zamiarem zjedzenia śniadania na stołówce. Dziwię się, bo pod drzwiami zastaję Williama. Nie czekał tak na nas, już od dobrych kilku dni. Na początku, kiedy myślał jeszcze, że nie pamiętam do końca rozkładu tuneli, czekał na mnie codziennie o tej samej godzinie.
- Hej- wita się zwyczajnie.
- Hej, co tu robisz? - uśmiecham się, jednak nie patrzę w jego stronę. - Coś się stało?
- Nie. Nie bardzo mogłem dziś spać, więc przyszedłem. Ale nie wiedziałem czy jeszcze śpicie. Nie chciałem was budzić więc stwierdziłem, że poczekam. - postanawiam na niego spojrzeć. Chłopak zachowuje się normalnie. Czyli niepotrzebnie się martwiłam. Wczorajsze zajście nic dla niego nie znaczyło. Powinnam się cieszyć, jednak tak nie jest. Mała część mnie, wydaje się być zawiedziona.
- Przecież mogłeś chociaż zapukać - mówię - ja też nie spałam dziś za dobrze. - Will przygląda mi się. - chodźmy na śniadanie.
 Idziemy w kierunku stołówki. Ciągle zastanawiam się, czy chłopak może chce ode mnie czegoś więcej niż przyjaźni. Ale nie wydaje się zachowywać inaczej. Kiedy idziemy tunelami gawędzi sobie z małym jak zawsze.
 Zagadką są też dla mnie moje uczucia. Zastanawiam się co czułam, kiedy Will całował mnie w czoło, jednak nie pamiętam nic poza moim zaskoczeniem.
Niewątpliwie jesteśmy przyjaciółmi. Ufam mu. Nigdy też nie miałam tak dobrego kontaktu z jakimkolwiek przedstawicielem przeciwnej płci. Jednak to uczucie, nie wydaje się być jakieś szczególnie inne. Zależy mi na tym, żeby Will mnie lubił. I żeby dobrze o mnie myślał, tylko czy to coś oznacza?
 Wzdycham ciężko, kiedy wchodzimy do tunelu prowadzącego na stołówkę. Przez całą drogę nie odezwałam się nawet słowem, więc Will zwrócił na to uwagę. Posłał mi pytające spojrzenie, jednak ja tylko pokiwałam głową.
 Kiedy przekraczamy próg kuchni woń jedzenia nasila się. Dziś na śniadanie jajecznica z cebulą i szynką. Wdycham głęboko zapach. Pierwszy raz odkąd tu jestem podali takie śniadanie. Zwykle musimy się zadowolić bułką i szklanką soku. Jedynie obiad pierwszego dnia był taki wystawny. Później jakby dobre jedzenie się kończyło i było go coraz mniej. Jego jakość też była coraz gorsza. Dlatego też, kiedy poczułam woń jajek, mój żołądek zabulgotał domagając się posiłku. Inne śniadanie niż zwykle wywołuje ożywienie w kuchni. Dobre jedzenie poprawia ludziom humor. Staję w kolejce z tacą jak zawsze. Rozglądam się po stołówce, czekając na swoją kolej. Moja obecność przestała już peszyć ludzi i przestali zwracać na mnie uwagę, jednak widzę, że ludzie spoglądają na mnie ukradkiem. Część z nich już kojarzę, jednak zdecydowanie zbyt wielu ludzi zamieszkuje bunkier, żebym mogła spamiętać ich imiona.
 Ludzie spoglądają to na mnie, to w innym kierunku. Widzę, że to powtarza się dość często, więc podążam za wzrokiem jednej z kobiet z długim warkoczem i ciemnymi oczami.
 Jeden ze stołów okrążają ludzie, jakby chcieli zobaczyć coś ciekawego. Rozmawiają między sobą i co chwila odwracają się w moją stronę. Jeden mężczyzna, widząc, że na niego patrzę ucieka wzrokiem i odchodzi od stołu zostawiając puste miejsce miedzy swoimi towarzyszami.
 Wtedy go widzę. Siedzi wyprostowany. Wygląda jeszcze lepiej niż pamiętałam. Jego twarz widzę teraz z profilu, bo rozmawia z kimś, kto siedzi obok niego. Widzę jego prosty nos i usta wykrzywione teraz w lekkim uśmiechu. Ktoś szturcha go w ramię, kiwając głową w moją stronę, chcąc pokazać chyba, że go obserwuję. Kiedy Dean spogląda na mnie, miejsce uśmiechu zastępuje poważny wyraz twarzy.
Pięknie. Chyba mu nie przeszło. Uśmiecham się do niego nieśmiało, a on wydaje się być zaskoczony tym gestem. Myślałam, że ciężko będzie mi go przeprosić, przez moją urażoną dumę, jednak teraz mam ochotę podejść do niego. Moje policzki robią się cieplejsze, a ręce zaczynają się pocić.
- Hej. - Will macha mi ręką przed oczami. Wydaję się, że musiał do mnie mówić już od kilku minut. - Idziemy jeść? - uśmiecha się do mnie.
- Tak. chodźmy. - Idziemy z Andy'm za Will'em, który wziął nasze tace. Zostawiam Deana za plecami i idziemy usiąść w na drugim końcu sali, chłopak ogląda się jednak co chwilę w kierunku zbiorowiska. Ja też mam na to ochotę, jednak staram się powstrzymywać.
 Will odsuwa dla mnie krzesło. Z tej pozycji nie mogę patrzeć na Deana. Żeby na niego spojrzeć musiałabym odkręcić się do tyłu całym ciałem.
- Dlaczego oni tam wszyscy stoją? Coś się stało? - pytam Will'a.
- Nie. Ludzie są spragnieni jakiejś odmienności. Myślę, że mają już po dziurki w nosie tego bunkra.
- Hmm. Mi póki co jest dobrze. Tylko strasznie brakuje mi słońca. I świeżego powietrza.
- Widzisz. Ty jesteś tu dopiero od dwóch tygodni. Niektórzy z nich nie widzieli słońca od kilku miesięcy. - zastanawiam się nad tym co powiedział Will. Nie wyobrażam sobie tak długiego okresu czasu bez słońca. Już brakuje mi świeżego powietrza i przytłacza monochromatyczność bunkra. Przeraża mnie myśl, że tak długo będę tu uwięziona. Nagle wydaje mi się, że bunkier zaczyna się walić. Gruzy więżą mnie tutaj, a ja już nigdy nie widzę światła słonecznego. Głos więźnie mi w gardle i zaczynam niespokojnie oddychać.
- Spokojnie. Jeśli będziesz tego potrzebować, to dostaniesz przepustkę. - próbuje uspokoić mnie Will. Jednak nie zbyt mi to pomaga, więc zaczyna pocierać moje ramię, w geście pocieszenia. - Hej, spokojnie. Coś wymyślimy. - próbuję się pozbierać ze względu na małego.
- Dlaczego Dean był na powierzchni? Myślałam, że jest skażona?
- Byłem tam potrzebny. - słyszę za sobą jego głos. - Hej mały, co słychać? - Dean zwraca się do Andy'ego. Ten podbiega do niego.
- Dobrze, ale tęskniłem. - Dean bierze małego na ręce, a Andy go przytula.
- Ja też tęskniłem, ale co poradzić. - odwracam się. Dean wpatruje się w małego z uśmiechem. - Nie wiedziałem, że tu na was trafię.
-Zawsze jemy o tej porze - odzywam się zanim zdążę ugryźć się w język. Dean spogląda na mnie, wiec lekko się uśmiecham. Muszę mu pokazać, że chcę go przeprosić. Że żałuję, tego co ostatnio powiedziałam. On jednak tylko marszczy brwi i dalej skupia swoją uwagę na Andy'm.
Auć. Zabolało. A on nawet nic nie powiedział. Teraz moje wyrzuty sumienia są jeszcze większe. Odwracam się do stołu i wpatruję się w swoje ręce.
- Nie przejmuj się. Będzie dobrze. - odzywa się cicho Will i uśmiecha się lekko, jakby chciał mnie pocieszyć. - Chyba czas zaprowadzić Andy'ego na zajęcia. - mówi głośniej i mruga do mnie porozumiewawczo.
  Z jednej strony jestem mu za to wdzięczna, bo mam teraz ochotę stąd wyjść i znaleźć się jak najdalej od Dean'a. Jednak, ciągle muszę go przeprosić, a nie wiem kiedy znowu go zobaczę.
- Hej, spokojnie - Will domaga się uwagi. - Nie przejmuj się. Lepiej chodźmy. - kiwam głową na potwierdzenie. Lepiej słuchać Willa, skoro ja sama mam mętlik w głowie.
- Ady, idziemy? - pytam, jednak mały jest tak zajęty rozmową z Dean'em, że nic innego do niego nie dociera. Podchodzę do niego i pukam go lekko w plecy. - Hej, zajęcia, pamiętasz? - zmuszam się do uśmiechu.
- Ale ja tak tęskniłem za Dean'em. Nie może on mnie odprowadzić?
- Idź z siostrą, mały. Zobaczymy się później, dobrze? - mały niezbyt chętnie, jednak idzie. Korytarze przemierzamy w zupełnej ciszy. Will wydaje się być czymś poddenerwowany, Andy jest chyba za bardzo zajęty tym, żeby jak najszybciej dotrzeć na zajęcia, a potem spotkać się z Dean'em. Ja sama nie wiem jak się czuję. W miarę jak oddalamy się od stołówki, jest mi coraz zimniej. To ja robię się coraz zimniejsza. Krew mi marznie w żyłach, kiedy myślę sobie, jak musiał czuć się Dean, kiedy oskarżyłam go o śmierć moich rodziców. Nikt nie zasługuje na takie traktowanie.
- Sylvio, czy my wrócimy kiedyś do Stolicy? - Andy wyrywa mnie z zamyślenia. Po plecach spływa mi kropla zimnego potu. Widzę już, że William chce odpowiedzieć na to pytanie, tak jak zawsze mnie wyręczał, jednak dotąd mały nie pytał o poważniejsze tematy. Zatrzymuję Willa wzrokiem. Sama przystaję i kucam, żeby moja twarz znalazła się na wysokości jego.
- Nie wydaje mi się, żebyśmy kiedykolwiek tam wrócili. - chce być z nim szczera, ale co jeśli zapyta o rodziców? Jak mam mu teraz o tym powiedzieć?
- Ale Dean właśnie stamtąd wrócił. On tam jeździ. On może, a my nie? Chciałbym odwiedzić mamę i tatę. - łzy cisną mi się do oczu, ale zaskakuje mnie to jak mały jest poinformowany. Wiedziałam, że Dean jest na powierzchni, ale nie, że w stolicy. Will nie protestuje, więc to musi być prawda.
- Nie wiem, czy możemy. Postaram się o to dowiedzieć, dobrze? - mały nie zauważa, że nie wspomniałam o rodzicach. Przytakuje tylko i kieruje się do przedszkola.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz