Przygotowuję się do spania. Zmęczenie bierze nade mną górę, jednak obraz cierpiącego Deana pojawia się regularnie w mojej głowie. Mam ochotę wyjść i go przeprosić, jednak nawet nie wiem, gdzie się teraz znajduje. Znowu czuję się lekko zirytowana. Nawet kiedy nie ma go przy mnie, Dean zaprząta moją głowę i powoduje u mnie skrajne emocje. Padam na łózko. Kiedy po jakichś trzech godzinach wyrzutów sumienia, kręcenia się i wzdychania, godzę się z tym, że to będzie bezsenna noc.
Rano wyglądam jak zombie. Mam podkrążone oczy. W lusterku widzę, że rozcięcie nad brwią i na ustach powoli zaczynają znikać. Za to siniaki na mojej szyi zmieniły zwój kolor na głęboki fiolet, zgniłą zieleń i żółć. Rany na ręku nie widzę, bo zakrywa ją biały bandaż. Jednak dalej czuję ból, szczególnie po nocy, kiedy długo ją nie ruszałam.
Kieruję się w stronę komody. Wczoraj, chciałam przejrzeć jej zawartość, ale nie chciałam obudzić małego. Jednak tak jak przewidział Dean, Andy przespał smacznie całą noc. W przeciwieństwie do mnie. Wzdycham ciężko i otwieram pierwszą szufladę. Znajdują się w niej koszulki. Wyjmuję jedną i przyglądam się jej. Jest jasno beżowa i w moim rozmiarze.
Przeglądam kolejno szuflady, i znajduję w nich spodnie i bieliznę. Są tu też ubrania dla małego, sądząc po rozmiarach.
Kiedy Andy się budzi, pomagam mu się umyć i ubrać. Maluch już prawie kończy myć zęby, kiedy słyszymy pukanie do drzwi. Pędzę je otworzyć, myśląc, że to Dean i, że będę miała okazję go przeprosić. Jednak przy wejściu stoi Will. Uśmiecha się szeroko.
- Dostałem rozkazy i mam tę przyjemność, pokazać szanownej pani, bunkier, którym obecnie mieszkamy. - Parskam śmiechem na jego śmieszny, stary akcent.
- Hej. Mały jeszcze myje zęby. Wejdź i poczekaj. - Przesuwam się tak, żeby mógł wejść.
- Dzięki. Mam nadzieję, że odpoczęłaś, bo dziś mamy sporo do zrobienia. - Wspaniale myślę. Nie wypoczęłam. Odpowiadam mu w myślach.
- Myślałam, że masz mnie tylko oprowadzić.
- Hej, to duży bunkier. Nawet nie wiem, czy dam radę ci dziś wszystko pokazać. - Mówi Will, uśmiechając się przy tym. Nie wiem, czy jego uśmiech kiedykolwiek gaśnie.
- To może lepiej pospieszę małego. - Kieruję się w stronę łazienki.
Rzeczywiście bunkier jest ogromny. Nawet jeśli Will stara się wszystko robić jak najszybciej i tylko pobieżnie pokazuje mi to, co najważniejsze, to nie zwiedzam nawet połowy bunkra. Minęło już kilka godzin. Zaliczyliśmy kuchnię, więc zatrzymaliśmy się tam na śniadanie. Kiedy weszliśmy do stołówki, ludzie znów ucichli na moment, jednak cisza nie trwała długo.
- Dlaczego ci ludzie tak na mnie reagują?- pytam Will'a.
- Znają cię. I wiedzą, że niedawno wróciłaś ze stolicy. Nie bardzo wiedzą jak się zachować. Wśród nich masz wielu przyjaciół. - Słucham Will'a jak do mnie mówi i obserwuję otoczenie.Wszyscy wrócili już do swojego posiłku i przerwanych rozmów, z wyjątkiem jednej dziewczyny. Widziałam ją już. To było wtedy, kiedy Dean, prowadził mnie do łazienki. Kobieta, a właściwie dziewczyna, chciała do nas podejść, ale coś ją zatrzymało.
Teraz wpatruje się we mnie intensywnie i uśmiecha się lekko.
- Chodźmy dalej. - Mówi Will. Odwracam więc wzrok od nieznajomej i wychodzimy w trójkę ze stołówki. Kierujemy się teraz do przedszkola, żeby zaprowadzić tam Andy'ego. Z tego co mówią, wnioskuję, że mały zna już rozkład bunkra, więc nie musi z nami chodzić. Prowadzę więc go za rękę korytarzem. Przy drzwiach stoi ta sama dziewczyna, której wczoraj przerwałam lekcje. Wita mnie uśmiechem, a Andy śmiało wchodzi do klasy. Macha mi tylko na pożegnanie i już biegnie bawić się z dziećmi.
- No to zostaliśmy sami. Co chcesz teraz zobaczyć?- Pyta Will. Mi jednak co innego chodzi po głowie.
- Nie wiesz, może gdzie jest Dean? - Myśl o nim ciągle mnie rozprasza. Chcę go znaleźć i przeprosić. Jednak, nawet jeżeli, to jak? Zresztą, czy to co powiedziałam, nie było prawdą?
Ponieważ nie doczekuję się odpowiedzi spoglądam na Williama. Jego uśmiech zastąpił pochmurny wyraz twarzy.
- Teraz go nie znajdziesz. Zdaje się, że nie ma go tu teraz. - Czuję się zagubiona. - A co potrzebujesz go? Coś się stało?
- Nie, nie. Po prostu... Chyba powinnam go przeprosić. Skoro go tu nie ma, w takim razie gdzie jest?
- Na powierzchni. Nic więcej nie wiem. - Na powierzchni?! Czy ona teraz nie jest skażona? I czemu Dean opuścił bezpieczny bunkier?
Zaczynam się denerwować.
- Spokojnie. Dean to duży chłopiec. Poradzi sobie. - Chłopak uśmiecha się do mnie pokrzepiająco. Skoro tak, na razie nic nie mogę z tym zrobić. Wzdycham głęboko, jakby to miało mi pomóc w uwolnieniu się od poczucia winy i ruszamy przed siebie.
-Pokarz mi wszystko po kolei - Mówię. Will tylko kiwa głową. Pokazuje mi to co najważniejsze. Nie ma czasu na oprowadzenie mnie po całym bunkrze.
Pokazuje mi pralnię w moim skrzydle mieszkalnym i wspólną łazienkę. Co prawda mam swoją, jednak łazienka znajduje się tuż obok pralni, więc o nią zahaczamy.
Will ciągle powtarza jakie to mam szczęście, że nie muszę czekać na swoją kolejkę, wstawać wcześniej i przemierzać długiego korytarza, tylko po to, żeby skorzystać z ubikacji, czy umyć zęby.
Chłopak tłumaczy też, że bunkier ma pięćdziesiąt, daleko rozległych, pięter znajdujących się ponad główną salą. Poza tym, sięga jeszcze głębiej pod ziemię. Jednak jak głęboko, tego Will już nie wie.
- Na pięta minusowe, mało kto ma wstęp. O jeszcze innych, nikt nawet nie wie, że istnieją. Wiadomości o całym bunkrze posiada jedynie prezydent. - Tłumaczy Will. Nie czuję się jakoś źle z takim brakiem informacji. Wielkość bunkra niezbyt mnie obchodzi. Samo przebywanie pod ziemią dziwnie na mnie działa, a schodzić jeszcze niżej nie mam najmniejszej ochoty.
Od tego czasu mieszkam w bunkrze. Pracuję na zmianę pralni, zmywam naczynia według grafiku. Wszyscy muszą się dzielić obowiązkami, żeby tak duża społeczność przetrwała. Nie wiem skąd mają jedzenie, czy środki czystości, jednak, nie bardzo mnie to interesuje. Ważne, że mogę tu mieszkać razem z małym. Od teraz nie mam już do kogo wracać do Stolicy. Ta myśl jest straszna. Codziennie myślę o rodzicach. Tęsknie za nimi i kiedy mały usypia wieczorami, często ich opłakuję. Mam jednak to szczęście, że Andy o nich nie wypytuje. Nie wiem z jakich powodów, ale tak jest mi łatwiej. Tak, więc nie rozmawiam z nikim o rodzicach. Ostatni raz wspominałam o nich podczas rozmowy z Dean'em.
Nie widziałam go odkąd powiedziałam co myślę. Nie wiem czy wrócił do bunkra i mnie unika, czy wciąż znajduje się na powierzchni. Staram się o nim nie myśleć, bo to mnie rozprasza. Opanowałam więc już do perfekcji zagłuszanie swoich myśli, jednak działa to tylko wtedy kiedy mam jakieś zajęcie. Tak więc wieczorami, leżąc w łóżku, Dean jest ostatnią rzeczą o jakiej myślę. Jest też pierwszą myślą, która pojawia się w mojej głowie po przebudzeniu i gości w mojej głowie, dopóki nie zajmę się pracą. Zmieniłam też do niego stosunek. Nie wiem, czy to przez ciągłe wyrzuty sumienia, czy przez tłumaczenia Lilly.
Przez moją rozciętą rękę musiałam jej codziennie składać wizyty w szpitalu. Nie przeszkadzało mi jej towarzystwo, wręcz przeciwnie. Jednak oglądanie paskudnego rozcięcia nie poprawiało mi humoru. Trzeciego dnia, odkąd powiedziałam Deanowi co myślę, Lilly dała mi tabletkę przyspieszającą gojenie.
- Gdybyś wzięła ją od razu, zostałaby ci maleńka blizna. Teraz jednak, będzie widać szeroką na jakiś centymetr szramę.
Nie przejmowałam się tym. Chciałam tylko, żeby ból w końcu ustąpił. Kiedy moje ciało wyzbyło, się środka przeciwbólowego, który Lilly wstrzyknęła mi w poduszkowcu, ból stał się bardzo dokuczliwy. Czasami rozpraszał mnie tak bardzo, że zapominałam o wszystkim innym. Wtedy Will prowadził mnie do skrzydła szpitalnego.
Lilly zbadała moją krew, czy nie ma w niej już ani grama środka uśmierzającego ból. Mój organizm musiał się go wyzbyć, zanim wzięłabym tabletkę. Jeśli by tak nie było mogły by powstać jakieś straszne skutki uboczne. Kiedy okazało się, że jestem czysta, wzięłam tabletkę, która w krótkiej chwili zasklepiła moją ranę, a cały ból odszedł jak ręką odjął. Kiedy zostałyśmy same na chwilę, zapytałam ją o Deana.
- Lilly. Nie wiesz kiedy wróci Dean? - Uśmiechnęła się tylko.
- Z tego co wiem, za dwa dni - Na mojej twarzy wykwitł lekki uśmiech. Po chwili jednak zgasł. - Coś się stało?
- Chyba będę musiała go przeprosić. - Opowiedziałam Lilly jak zakończyła się nasza ostatnia rozmowa. Jej wzrok sprawił, że skurczyłam się w sobie. Nie patrzyła na mnie z wyrzutem, jednak, coś sprawiło, że zrobiło mi się jeszcze bardziej wstyd.
- Wiesz, że to nie jego wina? - Lilly patrzyła na mnie uważnie, jakby chciała, żeby żaden szczegół, tego jak zareaguję, jej nie umknął.
- Szczerze? To już sama nie wiem co mam myśleć.
- Myślę, że nie powinnaś być dla niego taka ostra. Pamiętaj, że to nie on zabił twoich rodziców. Co więcej, uratował ci wtedy życie.
I tak do moich starych wyrzutów sumienia dołączyły jeszcze świeższe. Po tym obiecałam sobie, że przy najbliższej okazji przeproszę Deana i postaram się być dla niego miła.
Dni mijały powoli. Myślałam, że nie będę mogła przestać układać sobie w głowie przeprosin dla Deana, jednak rozkojarzyło mnie co innego. A mianowicie, Andy'emu zaczęły wracać wspomnienia. Kiedy zapytałam Will'a, ile czasu mieszkamy z małym w bunkrze odpowiedział, że trzynaście dni. Zgodnie z przewidywaniami doktora Grease'a moje wspomnienia powinny wrócić niecały tydzień temu. Chyba coś źle założył.
Małemu przypominają się różne sytuacje, o których ja nie mam zielonego pojęcia. Kiedy zasypuje mnie pytaniami, muszę go zbywać. Na szczęście William cały czas jest przy nas i przez większość czasu, to on odpowiada za mnie.
Wieczorem, czternastego dnia zmuszam się do refleksji i przemyślenia, tego, co opowiedziała prezydent Row. Siedzę w fotelu i czekam, aż mały zaśnie. Will siedzi w pokoju Andy'ego i odpowiada mu na pytania. Ja wolę tego na razie nie słuchać. Kiedy mały w końcu usypia Will wychodzi z jego pokoju i cicho zamyka drzwi. Chce już wyjść kiedy go zatrzymuje.
- Will... Dlaczego moje wspomnienia nie wracają? - Chłopak patrzy na mnie. Pierwszy raz widzę go z tak poważną miną. Przez ostatnie dwa tygodnie prawie nie odstępował mnie na krok. Ufam mu, i uwierzę we wszystko co powie.
- Nie wiem. Doktor Grease uważa, że może potrzebujesz więcej czasu. - Podchodzi do mnie powoli. Chociaż mówi bardzo cicho, mogę usłyszeć dobrze każde słowo. Kiedy nic nie mówię, kontynuuje. - Tylko, czy na pewno chcesz, żeby wspomnienia wróciły? Przecież dobrze jest, tak jak jest. - Klęka przy fotelu, łapie mnie za rękę i wpatruje się we mnie. Nie zabieram ręki. Will łapie mnie za nią kiedy tylko może. Przyzwyczaiłam się do tego.
- Sama już nie wiem. Nie czuję się dobrze, ze świadomością, że mam za sobą kawałek życia, o którym nic nie wiem.
- Ale teraz. Jesteś szczęśliwa? - Opuszcza wzrok. Ja też to robię. Patrzę na kształty, które kreśli mi na dłoni.
- Nie wiem. Czuję się zagubiona.
- W taki razie pytaj. Ja będę ci odpowiadał na pytania. Może to pomoże ci odzyskać pamięć. Jeśli nie... Przynajmniej będziesz miała jako-takie pojęcie o bunkrze. - Wzdycham głęboko. Nie wiem czy to wystarczy. Nagle czuję się bardzo zmęczona. Zbiera mi się na ziewanie. - Idź spać. Na pytania przyjdzie jeszcze czas. - Will podnosi się powoli, pochyla się nade mną i patrzy mi w oczy. Ja w jego widzę ogień. - Chcę... żebyś czuła się tu jak najlepiej. - Całuje mnie w czoło i wychodzi nawet na mnie nie spoglądając.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz