niedziela, 21 lutego 2016

13. Ból





- to moze teraz zpojdziemy dos zjesc?- pyta dean. spoglada na zegarek, ktory ma na reku. jakby czas mial teraz znacznie. nie wiem jaka jest pora dnia, a co mowic o tym, jaka mamy date, lub dzien tygodnia. mysle, ze przydaloby sie nadrobic ten brak informacji. zapytam o to Will'a, kiedy bede miala taka mozliwosc.
jednak chyba nie nadzejdzie ona zbyt szybko, bo dean nie kwapi sie do zostawienia nas, czy chocby wezwania Will'a, zeby to on nas oprowadzal. idziemy wiec z nim do stlowki.
przemierzamy razem tunele, a on spoglada na mnie co chcwile, chociaz przez wikszosc czasu rozmawia z andym. pozwalam mu na to, bo, nie mam najmniejeszej ochoty z nim rozmawiac. a pozatym bedziemy mieli z malym czas dla siebie, kiedy wrocimy, do naszej kwatery.
 schodzimy na glowna sale i kierujemy sie do jednego z tuneli. mysle sobie, ze bardzo latwo jest sie tu zgubic. tyle pieter, korytarzy, a wszystkie wygladaja tak samo. Chyba rzeczywiście przyda mi się przewodnik.
Po chwili zaczynam czuć kuszący zapach jedzenia. Do ust napływa mi ślina i zaczyna mi głośno burczeć w brzuchu.
- Trzeba było mówić, że jesteś głodna. Nie umiem czytać w myślach. Nie komentuję w żaden sposób jego wypowiedzi, tylko idę dalej niesiona wspaniałym zapachem jedzenia. W miarę jak zbliżamy się do drzwi stołówki, słyszę narastający szum rozmów. W pomieszczeniu musi być mnóstwo ludzi.
Przechodzę śmiało przez duże drzwi i nagle cały ten gwar zamiera. W sali panuje idealna cisza, a wszyscy ludzie patrzą na mnie. Jest ich niesamoiwcie dużo. Ciężko byłoby ich zliczyć. Sala jest ogromna, cała wypełniona stołami i krzesłami, bądż ławkami, na których siedzą ludzie. Jedynie po mojej lewej stronie widzę ladę przy, której ludzie stoją w kolejce z tacami. Oni też sie na mnie gapią.
- Nie zwaracaj na nich uwagi. - Słyszę szept blisko ucha. Odwaracam głowę w stronę dzwieku i moje serce zamiera, a potem wrzuca piąty bieg. Przy mojej twarzy, zanjduje się innna. Tak blisko, że jedyne co mogę teraz zobaczyć to szarozielone tęczówki. Czuję na twarzy ciepły oddech Dean'a. Orientuję się kto kto jest, wiec odsuwam się szybko od niego. Wydaje się urażony. Nie mam pojecia dlaczego tak jest i nie obchodzi mnie to w najmniejszym stopniu.
 Co on wcześniej mówił?
- Po prostu ich ignoruj. Chodź po jedzenie. - wskazuje mi ręką ladę i ciągle się na mnie patrzy. Kretyn. Jak mam ignorować ludzi, skoro słyszę teraz ich szepty, a kark swędzi mnie od ich spojrzeń? W dodatku on sam też się na mnie gapi.
 Biorę Andiego za rękę i kierujemy się w stronę jedzenia.
 Stajemy na końcu kolejki. Przyglądam się jedzeniu. W pierwszym, głębokim pojemniku znajdują się ziemniaki. Później makaron, ryż. Dalej widzę jakieś mięso, gulasz. Kilka rzędów surówek. Na samym końcu, można sobie wybrać jabłko lub banana. Ślinię się na widok jedzenia, jednak pamiętam, że mały stoi obok.
- To jak, co chcesz? -  pytam.
- Ziemniaki z gulaszem. - odpowiada Andy po chwili zastanowienia. Myślałam, że będę go musiała namawiać do jedzenia, jednak mały nei wydaje się być zbyt zniechęcony. Sama zastanawiam się też co wybrać.
- Też weź gulasz. Ten, ma suszone śliwki. Będzie ci smakowało. - odzywa się Dean za moimi plecami. Chętnie zrobiłabym mu na złośc, jedank gulasz zdecydowanie pachnie najlepiej. Jego woń przebija się ponad wszystkie inne, sparwiając, że ślina napływa mi do ust. Przesuwam więc tacę po ladzie i nakładam po kolei ziemniaki, gulasz i trochę surówki z kiszonej kapusty. Pod koniec biorę dwa banany.
 Teraz nie bardzo wiem, co zrobić. Wszystkie stoły są praktycznie zajęte. Oczywiście widzę puste krzesła, ale nie usiądę na rzadnym z nich, bo musiałabym dzielić stół z którymś z ludzi, którzy krępują mnie wzrokiem.
- No, już. Spokojnie. Oni nie gryzą. Chodź. - mówi Dean, ale ja nie mam zamiaru siadać koło kogokolwiek z nich. Rozglądam się nerwowo po sali i wtedy miga mi gdzieś kruczoczarna czupryna. To Will. Patrzy na mnie i uśmiecha się przyjaźnie. Kieruję się w jego kierunku, z czego Dean, nie wydaje się być zbyt zadowolony.
-Można? - pytam.
-Jasne, siadaj.- mówi Will patrząc na mnie. Wtedy Dean chrząka zirytowany. Will rozgląda się i wydaje się jakby dopiero co zauważył, małego i mężczyznę stojącego koło mnie.-...cie. - Dopowiada, jakby nie dokończył poprzedniegio słowa. Siadamy więc wszyscy przy stole Will'a. Dean co chwilę na niego zerka, przez co atmosfera jest napięta. Czuć to w powietrzu.
- No więc, jak ci siępodoba twoja kwatera?- pyta chłopak. Mija minuta, zanim uświadamiam sobie, że pytanie jest skierowane do mnie.
- Jest dobrze.- odpowiadam. Nie mam ochotu na rozmowę bo Dean siedzi obok. Jego obecność mnie krępuje. Pozatym gulasz rzeczywiście jest pyszny i mam ochotę pohłonąć go jak najszybciej. Will chyba to widzi, więc o nic więcej już mnie nie pyta. Gdyby nie to, że Andy rozmawia z Deanem, siedzielibyśmy w kompletnej ciszy. Skupiam się na posiłku i szybko go kończę.
- Oprowadził cię już ktoś po bunkrze? - słyszę głos chłopaka znad stołu.
- Jeszcze nie.
- Może jutro wszystko ci pokażę?- pyta Will. Zanim zdążam się zgodzić słyszę warknięcie Dean'a.
-Spokojnie. Jestem pewien, że Sylvia sobie poradzi. - mówi Dean. Chłopak siedzi cicho i nie odpowiada. paprzy tylko na niego wilkiem. We mnie aż się gotuje ze złości. Dlaczego mężczyzna wyręcza mnie w odpowiedziach? Ciągle się za mną włóczy. I z tego co pamiętam, to Will miał mi pokazać bunkier. Nie mogę jednak się odezwac, bo oczy zaczynają mnie piecze złości i dalej czuję na sobie wzrok innych. Odchodzę więc od stołu. Prz wyjściu czekam na Andiego i staram się uspokić. Po chwili słyszę kroki. Niestety Andy nie idzie sam, tylko oczywiście z moim obrońcą i powodem moich nerwów. Idziemy więc w ciszy do kwatery. A we mnie wciąz się wszystko gotuje.
po drodze Andy zaczyna narzekać, że jest śpiący. Nie mogę go wziąć na ręce, bo moja rana jest na to za świerza. Dean oferuje swoją pomoc, a Andy bez rzadnego ale pozwala się wziąc mężczyźnie na ręce. To irytuje mnie jeszcze bardziej. Po raz kolejny mam ochotę dać mu w twarz.
 Kiedy dochodzimy do naszej kwatery mój humor wciąż jest taki sam. Na szczęście Andy usnął, wiec nie poznał się jak bardzo jestem zła. Muszę wpuścić Deana do pokoju, żeby mógł położyc małego do łużka. Wchodzi do pokoju, jakby był u siebie, ale przed tym wręcza mi kartę. Chowam ją szybko do kieszeni, żebym tylko ja posziadała klucz to naszej kwatery. Ciągle stoję przy drzwiach, czekając aż mężyzna wróci. Chcę zatrzasnąć za nim drzwi i nigdy więcej go nie oglądać.
- Już. Gotowe. Myślę, że nie obudzi się już do rana. - słyszę. Skad on może to wiedzieć. Znam Andiego. Mały często budzi się w nocy, bredząc rózne rzeczy.
- Jasne. Bo ty wszystko wiesz.- odpowiadam kąśliwie. Podnoszę wzrok i widzę, ze Dean stoi bliżej niż bym sobie tego życzyła. Po raz kolejny? Jako on to robi? Że jeśli chce to umie się skraść po cichu, tak, że nawet będąc w tym samym pomieszczeniu, tego nie usłyszę? Odsuwam się szybko. Nie mam jednak za sobą zbyt dużej przestrzeni, bo na moimi plecami znajduje się ściana.
- Możesz przestać to robić? - pytam, a mój głos syczy ze złości.
- Niby co?
- To ciągłe skradanie się. To jedna z rzeczy, która mnie irytujesz.- odpowiadam.
- Jedna z rzeczy? - dopoytuje się Dean. Podchodzi do mnie coraz bliżej. Nie mam gdzie uciec.
- Mam je wymienić wszystkie? - stoi już blisko mnie. Pochyla się tak, że stykami się czołami.
Dean kiwa tylko głową. Moje serce wali tak, jakby chciało uciec z mojej piersi. Dean łapie mnie za ręke lekko przesuwając ją w stronę ramienia. Jego dotyk zostawia za sobą smugę ognia. Nie mogę się skupić więc zamykam oczy. Wtedy widzę obrazy. Okropieństwa ostatnich dni.
- Irytujesz mnie tym, że wydaje ci się, że mnie znasz. Wiesz o mnie dużo rzeczy. Czasami przewidujesz rzeczy, których nawet ja się nie spodziewam. Denerwuje mnie to, że chcesz za mnie decydwać. - mówię cicho. Wiem, że mnie słyszy, bo stoi przy mnie niezrażony. Jego czoło dalej styka się z moim. Czuję też na twarzy jego oddech. - Nienawidzę cię za to, że wykradłeś mnie ze stolicy. Gdyby nie to moi rodzice wciąż by żyli, a ja i mały razem z nimi. Wszyscy bylibyśmy szczęsliwi.
 Dopiero te słowa sprawiają, że Dean się odemnie odsuwa. Słyszę jak zasysa głośno powietrze, jakby ktoś uderzył go w brzuch. Otwieram oczy. W jego oczach widzę tyle bólu, że mam ochotę cofnąć moje słowa. Zraniłam go. I to bardzo. Ten ból sprawia, że jego oczy zmieniają się w oczy starca.
Po chwili Dean otrząsa się. Przybiera na twarz maskę. Marszy brwi. Jego głos jest szorstki. Pierwszy raz słyszę, jak mówi takim tonem. I choć chce je ukryć, w jego głosie daje się słyszeć cierpienie.
- Dobrze. Nie mogę cię zwrócić do stolicy, ale postaram zmniejszyć twoje cierpienie i od teraz nie będziesz musiała mieć ze mną do czynienia. - o tych słowach wychodzi, patrząc prosto przed siebie.
Zostawił mnie samą. To jakie cierpienie wywołały u Deana moje słowa. To, że mam ochotę wybiec za nim i go przeprosić. To, że bez niego, kwatera, wydaje się być teraz zwykłym zimnym pomieszczeniem, a nie domem, jak to było ostatnim razem. To wszystko wywołuje u mnie szok, pomieszany z bólem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz