Idziemy razem ciemnym korytarzem. Mijam szare sciany. Postanawiam nie myslec o tym co przed chwila uslyszalam.
- co z andym? -pytam. po pierwsze chce wiedziec co z moim bratem. tyle juz go nie widzialam. ale mam przeczucie, ze wszystko jest z nim w porzadku. drugim powodem, dla ktorego sie odzywam, jest to, ze idziemy w ciszy. nie byloby nic dziwnego w tym, ze sie odezwalam, gdyby nie jakies dziwne napiecie w powietrzu. pomimo calego obrzydzenia i zlosci jaka zywie do deana, odzywam sie do niego, bo ta cisza powoduje u mnie gesia skorke.
idziemy obok siebie i niemal stykamy sie ramionami. czuje sie tak, jakby mezczyzna, ktory idzie obok mnie czegos wyczekiwal. tak jakby w powietrzu wisialy jakies niewypowiedziane slowa.
-wszystko w porzadku. wlasneie po niego idziemy. zaprowadze was do waszej nowej kwatery. mysle, ze juz nie bedziesz probowala, zadnych numerow, co?- nie wiem, skad to wie, ale naprawde nic nie planuje. poki co nie wiem co sie dzieje. prezydent mowila, cos o tym, ze wspomnienia maja zaczac do mnie wracac. nie mam pojecia, o jakie wspomnienia chodzi. nawet gdyby to nie bylo prawda, dopoki bedziemy tu bezpieczni, nie widze sensu w ucieczce.
dochodzimy do konca tunelu, i zaczynamy schodzic schodami w dol. im nizej sie znajdujemy, tym powietrze jest ciezsze. jakby stechle i wilgotnie. ciekawe, czemu wczesniej tego nie zauwazylam. moze dlatego, ze bylam za bardzo wystraszona i zajeta planowaniem ucieczki?
mijamy pietra. tym razem dean idzie przodem, wiec poprostu ide za nim. zastanawiam sie jak rozlegly jest ten bunkier. musi byc naprawde duzy, skoro mieszka w nim az tyle ludzi.
zastanawiam sie tez, dlaczego co chwile mysle o czyms innym. ciagle cos mnie rozprasza.
taraz kiedy dean idzie przedemna, ciegle zwracam uwage na jego umiesnione, odzanczajace sie na zwylkej koszulce plecy.
zaciskam mocno szczeke. po chcwili daje sie slyszec moje westchnienie. nie wiem czemu, ale meczy mnie chodzenie. i to dosc bardzo.
-daleko jeszcze?-pytam. chcialabym juz sie pozbyc tej krepujacej ciszy. i cos zjesc.
-nie. prosze przodem. - puszcza mnie gestem gentelmena.- pierwsze duze drzwi na lewo - mowi z usmiechem. ide zgodnie z jego wskazowkami. kiedy widze duze drzwi, naciskam smialo klamke i bez skrepowania wchodze do pomieszczenia.
nie tego sie spodziewalam. widze kolorowo udekorowana sale, pelna zabawek, kolorowych regalow, malutkich stolokow i krzeselek. chociaz sa nieco zdezelowane, to jednak milo jest zobaczyc cos innego niz wszedzie tu panujaca szarosc.
rozgladam sie po sali i widze jakies 20 dzieci siedzacych w kolku i jedna starsza dziewczyne. ma rude, dlugie do ramion wlosy, okragle brazowe oczy i szeroki usmiech. proporcje jej ciala karza mi przypuszczac, ze jest starsza, niz wskazuje na to jej twarz. jej mina przypomina teraz mi jakis obraz gleboko z pamieci, dwunastoletniej dziewczyny, z dwoma warkoczami i twarza pelna piegow.
wyglada na to, ze znajdujemy sie w czyms na podobienstwo przedszkola polaczonego ze zlobkiem. niektore dzieci sa male, mniej wiecej w wieku andiego. inne sa wieksze. jednak moge sie zalozyc, ze rzadne z nich nie ma wiecej niz siedem lat.
cisza ktora panuje wokol, dopiero po chwili uswiadania mi, ze chyba przerwalam jakies zajecia.
-przepraszam -mowie. odwracam sie i widze jak dean usmiecha sie szeroko. marszcze brwi, bo uswiadamiam sobie, ze specjalnie mnie podpuscil. rozgladam sie, zastanawiajac dlaczego mnie tu przyprowadzil i wtedy widze, znajoma sylwetke malego chlopca. andy usmiecha sie do mnie szeroko.
-oh, alez nic sie nie stalo. ty pewnie po andiego? - kiwam tylko glowa i zaciskam usta, bo dziewczyna zachowuje sie jakby nas znala i to nie bylaby pierwsza taka sytacja w jej zyciu.- no maly, siostra po siebie przyszla- mowi rudowolosa dziwczyna. ma bardzo piskliwy i swiergotliwy glos.
-a bajka?- mowi andy. czyli nie przerwalam zajec tylko opowiadanie bajki. czuje sie lekko zraniona choc wiem ze nie powinnam. andy jest malym chlopcem inie rozumie co sie jeszcze dzieje. nie wiem czemu ma w ogole cos rozumiec, skoro go oklamalam, z ta wycieczka.
marszcze brwi. nie cierpie klamstwa. ale co mialam mu powiedziec? nawet nie wiem, jak mu przekazac, ze nasi rodzice...
-spokojnie. jutro ci ja dokoncze, moze byc? - mowi przedszkolanka. andy kiwa glowa i wstaje. biegnie do moich kolan, a ja biore go na rece. nie jest to latwe. nie wyglada na to, ale chyba przytyl, bo ledwo go podnosze. ale wtedy mysle, ze to przez moja reke i przez to, ze stracilam tyle krwi.
chce juz sie odwrocic i wyjsc. ale wtedy przypominam sobie, ze przerwalam przeciez lekcje.
-przepraszam jeszcze raz i dziekuje.- mowie
-oh, nie ma sprawy sylvio. wszystko rozumiem- dziewczyna usmiecha sie promiennie. odkad weszlam do sali ten usmiech nie zszedl jej z twarzy ani razu. zastanawiam sie czy kiedykolwiek schodzi. wychodze z sali i idze korytarzem. musze wypuscic malego zeby szedl ze mna za reke, po po przejsciu pieciu krokow zaczyna mi sie lekko krecic w glowie.
- hej maly, jak tam? - deam zagaja andy'iego jakgdyby nigdy nic.
-spoko. dzis meg opowiadala nam bajke. o ksiezniczce i zairnku grochu? -malu konczy wypowiedz pytaniem, niepewny tego co mowi.- nigdy wczesniej takiej nie slyszalem, ale byla super.
-nie znasz tego?- odpowiada dean
-nie. ale jak ty znasz, to moze opowiesz mi ja dzisiaj? wczoraj wieczorem, opowiadales mi juz drugi raz piotrusia pana..
staje jak wryta. czyli dean teraz jest tym dobrym i opowiada andiemu bajki?
-sylwia, co sie dzieje? - pyta andy. nie wiem co mu odpowiedzic. na pewno nie to co mysle, bo wtedy moja wypowiedz, moglaby go lekko przerazic.
-nic. myslalam, ze dzis juz bedziemy spali w jednym pokoju.- patrzy na deana, zeby sie upewnic, ze to prawda.
-i dobrze myslalas- opowiada.
-tylko ja i andy - upewnieam sie. dean tylko wywraca oczami, co biore za potwierdzenie. wydaje mi sie, ze na koncu jezyka ma jakas uwage, ktorej nie moze wypowiedziec przy chlopcu, bo patrzy z usmiechem to na mnie to na niego.
-czyli teraz juz bede mieszkal z toba? -pyta maly. dzis jestem pewna, ze bedziemy spali razem, ale tego, czy bedziemy mieszkac razem,nie moge byc pewna. znow patrze na deana, bonei wiem co odpowiedziec.
-tak, teraz bedziecie juz mieszkac razem - mowi dean z usmiechem -ciagle meczyl mnie pytaniami o ciebie- patrzy na mnie z usmiechem.
nie moge powiedziec, ze teraz czuje sie nieco lepiej. myslalam, ze maly o mnie zapomnial. choc wiem, ze to prozne, czuje sie teraz nieco lepiej.
-idziemy? - pyta dean.
-do naszej kwatery? - upewniam sie. dean kiwa glowa i puszcza mnie przodem. nie bardzo wiem gdzie isc, ale andy zdaje sie, ze wie doskonale, bo trzyma mnie za reke i kieruje mnie tunelami.
dochodzimy do schodow, a wtedy maly zaczyna sie po nich smialo wpsinac. dean nie protestuje wiec poprostu ide, tam gdzie prowadzi mnie andy. idziemy trzy pietra wyzej. niby krotka droga, ale ja dostaje zadyszki i musimy na chcwile stanac, zebym zlapala oddech. lekko kreci mi sie w glowie.
w trakcie odpoczynku rozgladam sie po malym pomieszczeniu, bo po obu moich stronach znajduja sie drzwi. napis na scianie informuje mnie, ze znajdujemy sie na piatym pietrze. nad drzwiami po lewej widnieje durza rzymska jedynka. naprzeciwko zas dwojka. nie mam pojecia co znacza te oznaczenia.
-zapamietaj.piate pietro. oddzial drugi. zapamietasz? - pyta dean. kiwam tylko glowa. ruszam w prawa strone, bo tam zapewne znajduje sie oddzial drugi.
andy wyprzedza mnie i dzie smialo.zatrzymuje sie prz trzecich drzwiach po lewej, wiec ja robie to samo. watpilwe, zeby mial az taka intuicje. pewnie mieszkal tutaj, kiedy ja bylam w celi.
dean podchodzi do drzi i otwiera je przez przylozenie karty magnetycznej do klamki. po chwili widze mala lampke, ktora swieci sie na zielono i slysze ciche klikniecie. deaan otwiera smialo drzwi. wczodzimy do pokoju. sciany, jak wszedzie tutaj sa szare. jednak jedna z nich zdobia zdjecia, moje i andiego. zadnej z sytuacji przedstawionej na zdjeciu nie rozpoznaje. gdzie niegdzie, obok nich, widac, slady tak jakby ktos zdjal niedawno ramki ze sciany. u gory w jasniejszych miekscjach widac jeszcze wystajace gwozdzie.
po prawej stoi duze, dwuosobowe luzko.
po lewej, dosunieta jak najbizlej sciany, zwykla prosta komoda. obok niej znajduja sie dwie pary drzwi. w najdalszym rogu widze jeszcze fotel.obok niego wysoko stojaca lampe i stolik. maly czuej sie tu jak u siebie.sida smialo na fotelu i usmiecha sie do mnie.
- tu macie lazienke. powinnas to docenic, bo zadko sie zdarza, ze ktos dostaje kwatere z toaleta. - podchodzi do drzwi po lewej i przekreca klamke. mimo iz pomiesczenie jest srasznie male, to jednak mozna nazwac je lazienka. wlerym rogu znajduje sie maly prysznic. naprzeciwko toaleta. kilka krokow przede mna, znajduje sie umywalka, nad nia na scianie wisimale lusterko. miedzy zlewem, a kolejna sciana wcisnieta jest mala szafeczka.
-tam- wskazuje ja palcem dean- masz reczniki i srodki czystosci.
kiwam glowa pokazujac mu tym, ze rozumiem.
-wiecej chyba nie ma tu nic do ogladania.
kierujemy sie teraz do drugich drzwi. wchodzimy, do malego pokoju. w przeciwienstwie do innych pomieszczen ktore tu widzialam, ten nie jest taki szary i smutny. na jednososobowym lozku, ktore widze po prawej stronie, lezy kolorowa posciel. obok lozka stoi etazerka, a na niej, lampka nocna. przy przeciwleglej scianie mozna zobaczyc sporych rozmiarow kolorowy kufer. obok niego, pod sciana stoi biurko, a na nim kolejna lampka. ten pokoj wyglada troche, jak slaba kopia pokoju dzieciecego. kiedy andy wdrapuje sie na male lozko, orientuje sie, ze tak wlasnie jest. znajdujemy sie w pokoju dzieciecym.
Dean obserwuje mnie uwaznie. wydaje mi sie, ze bardzo zwraca uwage, jak na to wszystko reaguje, wiec staram sie nie okzaywac rzadnych emocji.
podchodze do malego i siadam obok niego na lozku.
-widzisz. tutaj spalem, jak ty bylas leczona. - mowi. zaczyna mi pokazywac zabawki i mowi, ktore sa jego ulubione.
-Andy- zaczynam cicho- podboa ci sie tutaj?
-jasne. wszyscy są super. dzieci ze szkoly. i dean tez. jak ciebie nie bylo opowiadal mi bajki i mnie pilnowal. -usmiecha sie szeroko- duzo mowil o tobie - dodaje cicho.
jestem zaskoczona, bo nie wiem kiedy to wszystko sie dzialo, dkoro dean, ciagle mnie pilnowal i dzialal mi na nerwy. zastanawiam sie tez co takiego mowil andiemu.
-moze nie do tego przywyklas w stolicy, ale i tak macie tu warunki lepsze niz wiekszosc mieszkajacych tu ludzi. od teraz mozecie tu mieszkac. - mowi dean.
-nie. jest dobrze.- naprawde mi sie tu podoba. mimo, ze brak tu okien, i w pokoju obok jest szaro, to chyba udziela mi sie entuzjajzm andiego. nawet mieszkajac w stolicy, nie czulam sie tak dobrze, jak tu i teraz.
wydaje mi sie, ze znalazlam namiastke domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz