Siedze na krzesle i wpatruje sie tepo w przestrzen. Moj mozg przestal pracowac. Przez chcwile delektuje sie chwila, w ktorej w mojej glowie nie znajduje sie nawet jedna mysl. Ale wtedy czuje, jak ktos potrzsa mnie za ramie.
- hej. Hej, prezydent row chce z toba rozmawiac. - widze twarz dena, znajdujaca sie blizej niz bym sobie tego zyczyla. Odskakuje jak poparzona, a on wzdycha gleboko ze zniecierpliwieniem. - przyzwyczailem sie do tego, ze kobiety roznie reaguja na moj widok, ale ty bijesz je wszystkie na glowe - mowi
- moze to dla tego, ze porwales mnie, wywiozles sama nie wiem gdzie, twoja kolezanka mnie okaleczyla i moi rodzice przez to nie zyja? -ma poczatku mojej wypowiedzi dean usmiecha sie szeroko, tak, ze w kacikach jego oczu pojawiaja sie zmarszki. Jednak w miare jak wymieniam powody dla ktorych go nienawidze, i budzi we mnie strach, jego usmiech gasnie, az w koncu zastepuje go wykrzywiony grymas. Prycha gniewnie.
-za smierc twoich rodzicow nie odpowiadam. Nie mialem z tym nic wspolnego, to wielka rada..- przerywam jego wypoiedz. w sumie ma racje. To chyba przez to jest mi glupio. Bol ktory widze w jego oczach, sprawia, ze serce mi mieknie i chce go przeprosic. Opamietuje sie jednak w sostaniej chcwili.
- moze tu masz racje, co nie zmienia sprawy porwania i okaleczenia. W dodatku niczego nie chcecie mi wyjasnic i chcecie mi wmowic, cos, ze... Jestem przywodca waszej rebeli..
-przywodca to na pewno nie. Wlansie po to do ciebie przyszedlem. Prezydent row chce z toba rozmawiac. Na pewno chce ci wszystko wyjasnic. -wyciaga do mnie reke, chcac zachecic mnie zebym podeszla do pani prezydent. Biore gleboki wdech, wstaje i kieruje sie w strone biurka ignorujac go calkowice. Po kilku krokach odwracam sie w przeciwnym kierunku. Przypominam sobie o Will'u. Poki co tylko on i lily maja cos w rodzaju mojego zaufania, wiec wolalabym, zeby byl przy tej rozmowie. Will przez caly czas siedzial obok mnie i w trakcie rozmowy z deanem przysluchiwal sie tylko nie odzywajac sie nawet slowem. Patrze na niego wyczekujaca. Mija chcwila zanim uswadamia sobie czego od niego oczekuje. Wtedy wstaje i podchodzi do mnie.
-nie wiem, czy moge w tym uczestniczyc - mowi. Marszcze brwi. Z nim czuje sie bezpieczniej.
-chce, zebys przy tym byl - odpowiadam. Will spoglada wyczekujaco na deana. Ten mierzy nas na przemian wzrokiem, marszczac przy tym brwi. Po chwili kiwa tylko sztywno glowa i rusza przed siebie w kierunku prezydent row, a my idziemy za nim.
Nie jestesmy jeszcze nawet przy biurku, a kobieta juz zaczyna mowic.
- witam serdecznie sylvio. Nawet nie wiesz jak to dobrze jest miec z powrotem u siebie - unosze brwi zdziwiona zazyloscia z jaka zwraca sie do mnie prezydent. - ciezko cie bylo odzyskac, ale jak widac, jestes - usmiecha sie do mnie, co jeszcze bardziej uwidacznia jej blizny, choc staram sie na nie nie patrzec. Jedna jest naprawde dluga, a sadzac po jej szerokosci musiala byc na prawde gleboka. Ciagnie sie od lewej brwi, przez nos, az po usta wykrzywiajac je w trwalym grymasie. Kolena ukosnie przechodzi przez brew, co uwidaczna ja jescze bardziej to, ze nie rosna na niej wloski. Jeszcze inna wyglada jakby zaczynala sie gdzies na glowie, czego nie widac przez fryzure prezydent. Przechodzi przez czolo i prawie krzyzuje sie z ta na brwi. Mysle sobie, jakim cudem ta kobieta jeszcze zyje. I czemu ktos ja aktakowal. Co ci sie stalo?, mysle.
Prezydent patrzy na mnie wyczekujaca, jakby czekajac na odpowiedz. Nie wiem o co pytala, bo bylam zajeta ogladaniem jej twarzy.
-slucham?
-pytalam jak sie czujesz.
-dobrze, chce zebyscie mi wszystko wyjasnili- zadam. Nie wiem kiedy nadazy sie kolejna taka okazja. Pewnie gdyby nie stojacy obok mnie Will nie bylabym taka bunczuczna. Prezydent spoglada na deana. On tez na nia patzry. Wyglada to tak jakby sie ze soba komunikowali. W koncu dean wzdycha ciezko i kiwa glowa.
-nie wiem czy jestes jeszcze gotowa. To wszystko moze byc trudne do ogarniecia. -mowi kobieta.
-nie obchodzi mnie to. Postaram sie nadazac.- mowie z lekka ironia w glosie, a prezydent usmiecha sie z satysfakcja, jakby uslyszala cos, czego oczekiwala
-dobrze, w takim razie zacznijmy od poczatku. Po wielkiej wojnie, jak wiesz, liczba ludzkiej populacji znacznie sie zmiejszyla. Tereny,
na które zostały spuszczone bąby na nadają się do zamieszkania. Część z nich skarzona,
lub tak wyniszczona, że nie zostało na niej nawet kszty życia. Jednak teraz znajdujemy
się na terenie dawnych Chin. - mówi prezydent z powagą.- Dawne władze zbudowały tu bunkry, zapewne na wypadek ataku nuklearnego, albo w jeszcze innym celu. Jeden z nich przetrwał i teraz właśnie się w nim znajdujemy. Jest tak przystosowany, że spokojnie mieści w sobie ludzi, którzy tu mieszkają.
unoszę wysoko brwi i zastanawiam się o jakiej liczbie jest mowa.
-Ludzi, którzy tu mieszkają...- przerywam jej. może nie powinnam, zważywszy jaką pozycję tu zajmuje, ale nie obchodzi mnie to.- O jakiej liczbie jest mowa?
- aktualnie bunkier zamieszkuje nie całe trzy tysiące osób.- prezydent uśmiecha się dumnie jakby to była jej zasługa. Pewnie tak jest. Na moment odbiera mi mowę, przez zaskoczenie jakie wywołała u mnie ta informacja. Jak to możliwe, że rada przeoczyła tak wielkie skupisko rebeliantów. I jakim cudem udało im się tak długo przetrwać? W końću ten teren jest skarzony. Na pewno jest napromieniowany. Jak długo ci ludzie tu mieszkają?
-od kiedy..- przeydent przerywa moje pytanie.
- ..tu mieszkamy?- kończy za mnie. - prawie od końca wielkiej wojny. Zaraz po ty jak ludzie dowiedzieli sie co wyprawia Wielka Rada, wzniecili powstanie. Niestety nie przemyśleli tego do końca. Ludzie ze stolicy zdusili ich z samym zalążku i wszystko rozeszło się bez większego echa. Część z nich uciekła. Nie wiem, kto i jak znalazł ten bunkier. Ale buntownicy ukryli się tutaj i żyli powiększając swoją liczebność.
jak dowiedzieli się co wyprawia wielka rada? niby co takiego robi? sprawiła, że ludzie żyją spokojnie. Każdy ma dostęp do bezpłatnej hospitalizacji. Nikt nie chodzi głodny, czy nawet nieszczęśliwy..Ale wtedy przypomina mi się, że to oni zabili moich rodziców. Jednak nie wszystko jest takie jednoznaczne, jak mi sie wydaje.
- co takiego robiła Wiekla Rada, spytasz - mówi Prezydent, jakby odgadując moje myśli- widzisz, świat nie wygląda tak, jak ci się wydaje. Ludzie, o których nikt nie ma pojęcia pracują, na to, aby w stolicy niczego nie brakowało. Są traktowani jak zwierzęta. Niestey nie wiemy gdzie ich przetrzymują. Rada chce kontrolować wszystkich ludzi. Musi utrzymać ich liczbę w niezmienionym stanie, bo jeśli ta przekroczy jakąś liczbę, boją się, że, nie będą w stanie ich wszystkich kontrolować. Jeśli tak się dzieje, ludzie wyrywkowo są zabierani, do zakładów o ktorych wczesniej wspomniałam, lub są zwyczajnie zabijani. Nawet im się nie tłumaczy co i dlaczego. Wiek czy płeć nie ma znaczenia. Losują po prostu rodziny i ich zabijają, nie zważając na to, że czasami są to dzieci.
na te słowa krew zamarza mi w żyłach. na takie bestialstwo nie stac żadnego człowieka. to nie możliwe, myśle. Zeby ustać na nogach jedna ręką podpieram się biurka, a druga łapię Will'a za rękę.
- nie- słyszę. po chwili uświadamiam sobie, że to mój szept. Prezyden Row ciągnie swój wywód, ale ja jej nie słucham. Odgradzam się od tych strasznych
informacji.
- wystarczy - słysze wyraźny męski głos. Zaciskam powieki, a wtedy pojawiają się przed nimi obrazy. Moje wyobrażenia bestialstwa jakiego dopuszczają się ludzie. Widzę jak jakaś rodzina klęczy na kolanach. Człowiek w białym mundurze idzie za ich plecami, co chcwila zatrzymując się przy jednej z sylwetek. Mierzy do niej z jakiejś broni, a wtedy ta pada twarzą na ziemię bez życia. Ostatnią osobą którą widzę jest postać małego chcłopca, który trzęsie się cały ze strachu. Jest malutki, ma może ze trzy - cztery latka. Patrzę na niego, chce go zabrać i z nim uciec. On jednak odwraca głowę w moją stronę. Tym chłopcem jest Andy.
Zachłystuję sie powietrzem i otwieram oczy najszerzej jak tylko moge. Chce wyzbyc sie obrazow ktore ciagle od nowa i od nowa przewijaja sie w mojej glowie.
- andy - mowie. Moj glos brzydko i chrapliwie. Nie doczekuje sie odpowiedzi, wiec podnosze wzrok. Prezydent wpatrzuje sie we mnke zmieszana. Dean patrzy zmartwiony i zdziwiony.
-na dzis wystarczy - mowi.
- nie- odpowiadam. Chociaz mam dosyc, nie moge na to pozwolic. Musze sie dowiedziec wszystkiego. Zwazajac na ostatnie wydarzenia to moze byc prawda. Tylko nie moge siebie umiejscowic w tym co ma mi do przekazania prezydent. Co ja mam z tym wspolnego? Probuje zebrac mysli, zeby zformulowac nastepne pytanie.
- ja... Co ja mam z wami wspolnego? Ciagle zachowujecie sie tak jakbyscie mnie znali.
- mysle, ze lepiej bedzie, jesli z tymi wyjasnieniami poczekamy jeszcze kilka dni - mowi dean. Podchodzi do mnie, lapie mnie za reke. Probuje mnie pociagnac w strone wyjscia, ale ja sie nie daje.
-nie. Chce wiedziec.- mowie. Widze jak dean sie krzywi. Dlaczego nie chce, zebym dowiedziala sie reszty? Patrze na niego i probuje zrozumiec o co mu chodzi. Cagle trzyma mnie za reke. Czuje, jak miejsce w ktorym trzyma dlon zaczyna mnie przyjemnie swedziec.
Dean patrzy na mnie niemalze z desperacja. Po jego minie widze, ze bardzo chce zebym byla teraz w innym miejscu. Niemal prosi mnie, zebym zmienila zdanie. Ale ja go nie zmienie. Musze sie dowiedziec co jest grane. Odwracam wzrok i patrze wyczekujaca na prezydent row.
- teraz sluchaj mnie brdzo uwaznie- mowi z powaga. - to co zaraz ci powiem bedzie ci sie wydawalo niewiarygodne, niemozliwe. Docktor Grease uwaza, ze twoje wspomniena zaczna wracac za pare dni. Nawet jesli nam nie uwierzysz, to za kilka dni przekonasz sie, ze to wszystko prawda.
Ty, twoi rodzice uciekliscie z takiego zakladu. To bylo piec lat temu. Ledwo udalo wam sie ujsc z zyciem, jednak twoj ojciec chcial podjac takie ryzyko ze wzgledu na ciaze twojej matki. Uciekliscie i blakaliscie sie po jakis pustkowiach. Wtedy zauwazyli was nasi ludzie. Odratowali was, co bylo naprawde ciezkie. Od tamtego czasu mieszkaliscie w bunkrze. Jednak szesc miesiecy temu pojechalas na misje. Nie wiemy jak twoj brat rownierz znalazl sie na pokladzie poduszkowca. To przez to, ze chcialas go ratowac, wpadliscie. Ludzie ze stolicy was porwali i kontorlowali wasze wspomnienia za pomoca urzadzen, tych lokalizatorow ktore mieliscie w przedramieniach. Nie... Bardzo moliwe jest jednak, ze... W stolicy pozmieniali wasze wspomnienia. Nie wiemy, jak dlugo to sie moze utrzymac. Miejmy nadzieje, ze podejrzenia doktora okaza sie prawdziwe i ozdyskasz swoje wspomnienia za kilka dni.
Słucham prezydent Row z zapartym tchem. Staram sie skupić, jednak jej słowa jakby wpadały do mojej glowy, a drugim wypadały. Kiwam powoli głowa, tak jakbym wszystko rozumiała. Ale prawda jest taka, że z tego co przed chwila uślyszałam, dotała do mnie jedynie wzmianka o rodzicach To utkwiła mi w głowie, wiec pytam
-moi rodzice. żołnierze ze stolicy ich zabili. Dlaczego?
-nie mamy pojecia. Mozliwe, ze chcieli pokazac po prostu, ze nie zalezy im na ludzkim zyciu. co jest prawda. moze, mieli nadzieje, ze przybiegniesz im z pomoca, a wtedy beda mogli zabic ciebie? - kiwam glowa.w mojej glowie teraz nie klebi sie juz zadna mysl. pozniej to przemysle.
-moj brat. chce go zobaczyc.
-nie masz zadnych pytan?-pyta prezydent.
-teraz nie. chce zobaczyc sie z bratem. nie ufam wam jeszcze w stu procentach. co nie zmienia faktu, ze widzialam co stalo sie podczas spotkania. nie zamierzam... jesli to co pani mowi jest prawda, moje wspomnienia wroca, to wtedy... - wtedy co, mysle? bede tu z wami mieszkac? nie mam pojecia co teraz, nie chce o tym myslec. wszystko wydaje mi sie takie surrealistyczne. teraz jedyne czego jestem pewna, to to, ze musze zobaczyc andiego.
- w takim razie dean zaprowadzi cie do brata.- zaciskam wargi, bo mimo wszystko dalej zywie do niego niechcec.
-Will..-nie jest dane mi skonczyc, bo chlopak mi przerywa
-nie moge. Chca przydzielic ci nowa kwatere. - patrze na niego zagubionym wzrokiem. -nie mam wystarczajacego stopnia i informacji. Ale pozniej jak bedziesz chciala, bedziesz mogla mi pokazac gdzie mieszkasz. Na pewno bede cie odwiedzal. - posyla w moim kierunku pokrzepiajacy usmiech. - spokojnie, nic ci sie nie stanie.
slysze zniecierpliwione westchniecie deana. Patzre na niego i widze, ze jego twarz wykrzywia wsciekly grymas. Patrzy na mnie i podnosi pytajaco brwi. Juz?- zdaje sie pytac. Kiwam potwierdzajaco glowa. Kierujemy sie w strone wyjscia. Dean otwiera przedemna drzwi i wychodzimy razem na korytarz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz