niedziela, 21 lutego 2016

10. Prawda




Schodzimy na zerowy poziom jak to nazwal Will. Idziemy tunelami. wszystkie wygladaja podobnie. W koncu wchodzimy do wielkiej sali. widze stol za ktorym siedzi kobieta. Jej twarz zdobia liczne blizny. Obok niej stoi Dean i znia rozmawia. Kiedy widzi, ze wchdze do pomieszczenia z Will'em, marszczy brwi i przyglada nam sie w skupieniu. Wyglada teraz jakby sie o cos wyklocal z kobieta z bliznami.
-o, nie dotarlismy jako ostatni. Moze tu usiadziesz? - pyta Will. - zaraz do ciebie wroce- i odchodzi.
Widze, ze kieruje sie w strone biurka, za ktorym toczy sie rozmowa. Zerkam znow na deana. Wciaz na mnie patrzy, wiec odwracam wzrok. Nie moge go rozgryzc. Odkad znajduje sie w bunkrach, nie odstepuje mnie na krok. Ciagle nie moge sie wyzbyc dreszczy na jego widok. Ten mezczyzna mnie przeraza i irytuje. Brrr.
Do sali wchodzi coraz wiecej mezczyzn. Ci sami ktorzy brali uzial w negocjacjach. Ich swierzo zagojone rany, ktore bolesnie przypominaja mi o ostatnich wydarzeniach.Przez to mam jeszcze wiekszy metlik w glowie. Co sie tam wydarzylo? Staram sie znalezc jakies sensowne wytlumacznie tej zagadki, ale nic nie przychodzi mi do glowy. Nie pomaga mi tez fakt, ze ci zolnieze przywoluja tak bolesne wspomnienia. Oczy zaczynaja mnie piec. nie chcac, zeby lzy poplynely mi po policzkach zaciskam mocno powieki i wypycham powietrze z pluc. Na nie wiele sie to zdaje, bo na dodatek zaczynaja mi sie trzasc rece. W takim stanie znajduje mnie Will.
-wszystko w porzadu? - patrzy na mnie - przepraszam, glupie pytanie- siada na krzesle obok mnie i lapie mnie za reke. - naprawde, bardzo mi przykro...
-tak, wiem- ucinam krotko. Moze troche niegrzecznie, ale nie chce o tym rozmawiac. Chce sie dowiedziec, co sie wydarzylo podczas spotkania. - kiedy przyjdze ten caly prezydent? - pytam
-pani prezydent juz jest, zaraz zaczynamy- Will usmiecha sie do mnie z wyzszoscia i wskazuje na kobiete z twarza poryta bliznami. -marszcze czolo. No tego sie nie spodziewalam..
Prezydent  Row wstaje z krzeselka i rozglada sie po sali.
-dobrze, skoro wszyscy sa, mozemy zaczynac- jej gleboki glos budzi szacunek. Slowa wyplywaja z ust pani prezydent nieprzerwanym potokiem.
- wszyscy tu zebani, dobrze wiedza, ze nie tak mialy wygladac negocjacje. Rada chciala rozmawiac, byli swiadomi, ze nie oddamy im Sylvii. Jedynym ich celem bylo jej zabicie. Juz teraz nasi szpiedzy mowia, ze w stolicy prowadzona jest proaganda. Spoleczenstwo jakims cudem dowiedzialo sie o porwaniu rodzenstwa Bright. Nasze negocjacje zostaly nagrane, a film zostal spreparowany tak, ze wychodzi z niego, iz to my zabijamy ta dwojke cywilow, oraz rodzenstwo. Z reszty nagrania wychodzi na to, ze wszyscy tu zebrani rowniez nie zyja.
Przez stolice jestesmy przedstawiani jako bezwzglednych bandytow. Bande psychopatow, ktorzy po wojnie jakos przezyli na niezamieszkalych, skarzonych pustkowiach, oszalalych do tego stopnia, zeby porywac zwyklych ludzi i zabijac ich bez powodu.
 na potwierdzenie tych slow za plecami prezydent Row pojawia sie film. Widac na nim wielka rade, ich zolnierzy ubranych calych na czarno. Po przeciwnej stronie stoi banda Deana. Widze swoich rodzicow. Chce oderwac wzrok, ale nie moge. Rzeczywiscie wyglada to tak jakby to ktos z naszej strony zabil moich rodzicow. Lzy skapuja mi na rece, ktore mam ciasno splecione na piersiach. Nawet ich nie ocieram, bo nie moge sie ruszyc. Will kladzie mi reke na nodze i sciska mi kolano, rzeby mnie pocieszyc. Pozniej widze jak dean odciaga mnie do tylu i wyglada to jakby mnie dusil. Wszystko wyszlo bardzo realistycznie, gdybym sama w tym nie uczestniczyla, uwierzylabym we wszystko, bez watpienia. Jesli to co mowi prezydent Row jest prawda, to jaki sens mialyby te wszystkie klamstwa, ktorymi raczy stolice rada? Kiedy material sie konczy w sali mozna uslyszec wymieniane miedzy soba uwagi.
-wiec kiedy w koncu bedziemy mogli wyjsc i walczyc. Kiedy w koncu bedziemy mogli zyc w spokoju, jak reszta ludzi?- pyta jeden z mezczyzn. Na glowie ma przewiazana chustke. Jest bardzo umiesniony, co moge zobaczyc bez problemu, bo ma koszulke bez rekawow.
-puki co musimy czekac. Nie ma sensu, zebysmy przez pospiech stracili wszystko to co do tej pory osiagnelismy. - kilku zolnierzy kiwa smutno glowami na potwierdzenie tych slow.
- nie mozemy pozwolic sobie na pospiech. Wszystko musimy miec dokladnie zalanowane. Nawet najmniejszy blad moze zaprzepascic wszystko. Na razie jest nas za malo. Poza tym nie mam wplywu na zdarzenia losowe - prezydent w tym momencie kieruje wzrok na mnie- jak sami dobrze wiecie stolica lubi manipulowac ludzmi. Jak widac, idzie im co calkiem niezle. - prezydent przebiega wzrokiem po sali, po czym znowu wpatruje sie we mnie- teraz musimy sie skupic na glownej twarzy i pomyslodawcy calej rebelii. Nie wiemy przeciez ile czasu zajmie sylvii przypomnienie sobie wszystkiego. Bez niej, bez naszego mentora, nie mozemy nic zrobic. - wpatruje sie w oczy prezydent jak zahipnotyzowana. Jej slowa nie moga do mnie dotrzec. O czym ona bredzi? -na dzisiaj to koniec. Mozecie sie odmeldowac.
Ludzie zaczynaja podnosic sie z miejsc i wychodzic z sali, a ja siedze jak sparalizowana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz